Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Czwarta władza zawadza

19.06.2014

Jeszcze nie tak dawno w rocznicę częściowo wolnych wyborów z 4 czerwca 1989 roku oficjele przekonywali nas, jak to w Polsce pookrągłostołowej rozkwitła demokracja, szanowane są prawa człowieka itp., itd.

Słowem mamy, jak to się mówi na salonach politycznych, demokratyczne państwo prawa, a nie państwo autorytarne. Po środowych wydarzeniach w redakcji „Wprost”, które kilka dni wcześniej opublikowało kompromitujące rozmowy w restauracji „Sowa&Przyjaciele” z udziałem m.in. szefa MSW, Bartłomieja Sienkiewicza, prezesa NBP, Marka Belki, oraz ówczesnego prominenta Platformy Obywatelskiej, bohatera afery zegarkowej – Sławomira Nowaka, owo demokratyczne państwo prawa, które zresztą przez 25 lat było jedynie pustą etykietą, diabli wzięli, a ci co jeszcze wierzyli w praworządność tej ekipy zostali odarci ze złudzeń.

Mniejsza już z tym kto, jak i dlaczego nagrywał, gdyż ważniejsza jest zawartość materiału, ponoć 900 godzin nagrania, jakim ma dysponować tygodnik. Nie ulega wątpliwości, że ktoś poczuł strach, bo czym innym można tłumaczyć brutalne wkroczenie18 czerwca do redakcji tygodnika prokuratorów, funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz policji, dokonanie zniszczeń w pomieszczeniach, próby wyniesienia komputerów z materiałami do następnego numeru i kopiowanie ich na dyski. A wreszcie, użycie fizycznej przemocy wobec redaktora naczelnego Sylwestra Latkowskiego po to, by wyrwać mu laptop i pendrive’a z niewygodnymi dla rządu i okolic nagraniami.

Adam Michnik przekonywał swego czasu w „Gazecie Wyborczej”, że za rządów Prawa i Sprawiedliwości Polska stała się państwem policyjnym, w którym o szóstej rano do naszych drzwi niekoniecznie musi zapukać mleczarz. Dziś redaktor Michnik jakoś milczy, bo pewnie musiałby przyznać, że ta jego ukochana Polska, zrodzona z sojuszu lewicy styropianowej i komunistów od Kiszczaka i spółki, pod światłym przewodnictwem Donalda Tuska ma tyle wspólnego z demokracją co Białoruś, czy Korea Północna. Za PiS jakoś policja do gazet nie wkraczała…

Premier Donald Tusk, różni publicyści i specjaliści od mediów próbują nam wmówić, że prokuratura jest niezależna i nie jest pasem transmisyjnym rządu, działania prokuratury i ABW były zgodne z prawem, a wolność prasy jest świętością i nikt nie ma zamiaru jej łamać. Jak więc ocenić słowa prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, że użycie siły przez ABW było usprawiedliwione, zaś redaktorzy „Wprost” nie mieli prawa zasłaniać się tajemnicą dziennikarską, a ich reakcja była histeryczna.

Wydarzenia ze środy wieczór udowadniają, że władza chciała zmusić dziennikarzy do wydania materiałów mogących zawierać dane umożliwiające identyfikację źródła informacji, a tym samym doprowadzić do złamania tajemnicy dziennikarskiej. Pomijając już ten podstawowy fakt, że dziennikarz który złamałby tajemnicę zawodową byłby skończony w swoim środowisku, są to działania wymierzone w niezależność mediów i mające uniemożliwić wypełnianie przez nie funkcji kontrolnej wobec władzy publicznej.

Premier Tusk w czwartek rano na konferencji prasowej ogłosił, że „nieskuteczność policjantów, funkcjonariuszy ABW i prokuratury wynikała raczej z niechęci do działań brutalnych”. Słowa te utonęły w powodzi frazesów o tym jak to premier szanuje wolność słowa, pragnie by „Wprost” opublikowało całość nagrań, postępowanie prokuratorów było zgodne z prawem, on do dymisji się nie poda, a jeśli kryzys zaufania się pogłębi, to być może zostaną rozpisane przedterminowe wybory, co paradoksalnie mogłoby być dla PO korzystne. Dla uratowania własnej pozycji dla premiera, rządu, prokuratury nie liczy się nawet orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, zgodnie z którym „za naruszenie zasad tajemnicy dziennikarskiej uznaje się nie tylko nakaz ujawnienia informatora skierowany bezpośrednio do dziennikarza w trakcie przesłuchania, ale także inne czynności podejmowane wobec dziennikarzy przez organa ścigania i inne służby”.

„Wprost” ma opublikować dalsze części nagrania. Mam nadzieję, że nie skończy to się tak jak w przypadku afery „Spiegla” z 1962 roku, bowiem w obu przypadkach występują pewne analogie. Redakcja „Wprost” jest atakowana za opublikowanie nagrań pochodzących z „nielegalnego podsłuchu”, choć całej sprawy by nie było, gdyby nie zostali na nich uwiecznieni ludzie władzy. W Niemczech afera wybuchła po opublikowaniu przez „Der Spiegel” krytycznego wobec rządu artykułu o złej sytuacji w Bundeswehrze i o tym, że Republika Federalna nie byłaby w stanie obronić się przed inwazją Układu Warszawskiego, a taki atak możnaby odeprzeć jedynie z pomocą zachodnich sił nuklearnych. Po złożeniu zawiadomienia o dokonanej zdradzie państwa doszło do zajęcia i przeszukania przez policję redakcji tygodnika oraz aresztowania kilku redaktorów „Spiegla” w tym jego redaktora naczelnego. Dopiero w 1965 roku Trybunał Federalny orzekł, że nie doszło do zdrady tajemnicy państwowej i postępowanie sądowe nie zostało wszczęte. Tygodnik ostatecznie więc batalię wygrał i nic dziwnego, że na sprawa ta stała się symbolem zwycięstwa wolności prasy w Niemczech. Przypadek tygodnika „Wprost” jak na razie pokazuje fasadowość demokracji, którą przy okazji ćwierćwiecza wolnej Polski salonowi cmokierzy tak się zachwycali.

Piotr Jakucki

Autor bloga

Jakucki-Piotr

Piotr Jakucki

Dziennikarz i publicysta, m.in. „Nowy Świat”, „Gazeta Polska”, w latach 1995-2010 redaktor naczelny tygodnika „Nasza Polska”, „Głos Polski” (Kanada), „Goniec” (Kanada), „Kurier Chicago” (USA), korespondent radia „Sami Swoi. W porannym rytmie” (Chicago).

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook