Jedynie prawda jest ciekawa

Stonka a sprawa polska

18.03.2012

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych Polska ludowa ginęła zjadana przez imperialistyczną stonkę, zrzucaną przez Amerykanów z nieba.

W sumie był dobrobyt, co prawda drożał chleb, ale taniały lokomotywy, więc ludzie żyli spokojni i uśmiechnięci. Kochali władzę śpiewając: „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze miał od malin”, nie przeszkadzał im „Died Moroz” zamiast Świętego Mikołaja. Tylko obszarnicy, którzy jakimś cudem uciekli spod karzącej ręki sprawiedliwości socjalistycznej, krzyczeli bezsilnie: „Truman, Truman, spuść ta bania, bo jest nie do wytrzymania”. 

Takie zachowania były marginalne, bo jak wiadomo Polacy zawsze kochali komunistów, stąd zasilali gromadnie i bez przymusu tzw. trójki społeczne, które przeczesywały peerel wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu kułaków i bimbrowników rozpijających lud robotniczo-chłopski. Szabrowników nie szukali, bo ci siedzieli w komitetach. Od powiatowego, do tego najważniejszego – centralnego.

Życie w najweselszym baraku bloku sowieckiego wyznaczały etapy. Umarł Stalin, przyszedł Gomułka, potem zrzucono Gomułkę i nastał Gierek, którego zastąpił Kania, a tego z kolei pozbył się Jaruzelski. Zmieniał się etap, nie zmieniały się tylko problemy. W końcu już nawet dziecko przestało wierzyć w stonkę, w sukcesy kolejnych „pięciolatek” i wyniki różnych przodowników z Wincentym Pstrowskim na czele, bijących normy pracy. Z Pstrowskim władza ludowa miała pecha. Zamiast fedrować, zachorował, wziął i umarł, a przecież zgodnie z propagandą przodownicy mieli być nieśmiertelni niczym Marks, Engels, Lenin (ów „nowego społeczeństwa Adam”, jak pisała zmarła niedawno Wisława Szymborska, stawiana przez salon za wzór cnót patriotycznych), czy Stalin razem wzięci. Popularne wówczas powiedzonka głosiły: „Jeśli chcesz iść na Sąd Boski, pracuj tak jak Wicek Pstrowski”. „Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi”. A władza zgrzytała zębami. 

Odpłynęłam w tak odległą przeszłość po wysłuchaniu słów premiera Donalda Tuska. Musi być z rządem i Platformą źle, skoro szef rządu przyznaje się do najbardziej prestiżowej porażki, czyli inwestycji drogowych, które nie będą gotowe na Euro 2012. 

A miało być „z górki na pazurki” i jeszcze nie tak dawno temu widzieliśmy ministra Nowaka w najmodniejszych butach jak przechadzał się, niczym pierwsi sekretarze, po autostradzie. Niestety, kamery nie pokazały czy zadawał pytanie-klucz dla ostatniego prawie siedemdziesięciolecia: „Pomożecie?”… W każdym razie Nowak pochodził, autostrady popękały i tyle.

Tusk informując o generalnym krachu na Euro przyznał tym samym, że jego propaganda sukcesu, podobnie jak ta peerelowska, to jedna wielka lipa, zamek na piasku który wcześniej czy później zostanie podmyty.

Ponieważ jednak wciąż obowiązują te same zasady, potrzebny stał się wróg-sprawca porażki. W peerelu była to straszna kapitalistyczna stonka, która miała wypić ożywczy dla narodu socjalistyczny nektar.

W dwudziestym pierwszym wieku stonka wyszła z mody, podobnie jak warchoły, czy elementy antysocjalistyczne. Grane jest co innego. Podczas wielkiej powodzi w 1997 r. premier Cimoszewicz grzmiał, ze stratom winni byli rolnicy, którzy nie chcieli się ubezpieczyć.

Tusk dmie w inną trąbę. Drogi nie powstały z różnorakich przyczyn: „od względów ludzkich przez kłopoty inwestorów, kryzys finansowy, powodzie". Był chyba w kiepskiej dyspozycji, gdyż ani razu nie obarczył odpowiedzialnością za sytuację Kaczyńskiego i PiS-u, głównych niszczycieli cudu gospodarczego. Niesamowite!

Ponieważ Tusk nie za bardzo był w formie do kiwania, wsparł go minister Nowak, który do winnych za brak dróg dorzucił jeszcze w Sejmie ulewne deszcze oraz, uwaga, liczne stanowiska archeologiczne na trasie inwestycji. Mamy szczęście, że Polska to nie Tajlandia, Chiny, czy Egipt w którym bez przerwy piasek przesypują archeolodzy. Co to by się działo! Nie powstałby przecież ani jeden metr drogi. A to by padało, a to by wiało, a to by kopali w ziemi. Tylko rząd, tak jak teraz, byłby z siebie zadowolony i przekonywał, że on wszystko traktował poważnie i chciał dobrze dla ludzi, tylko te obiektywne trudności...

Szkoda, że nie może zrzucić wszystkiego na plagę stonki. Na „niesłychaną zbrodnię imperialistów amerykańskich”. 

Julia M. Jaskólska 

Autor bloga

jaskolska

Julia Jaskólska

Filozof, publicystka, m.in. „Nasz Dziennik”, Radio Maryja, „Miejsca Święte”, „Kurier Codzienny” (Chicago)

Najczęściej czytane na blogu

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook