Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Polityka podnóżkowa

10.10.2012

"W Polsce jest bardzo silne lobby biznesowe, które miało dość sporów ideologicznych [z Rosją].

  Chce ono współpracy z Rosją, a przykładem takiego zbliżenia ekonomicznego jest podpisane porozumienie o dostawach do Niemiec rosyjskiego gazu polskimi rurociągami. Za Kaczyńskiego tego porozumienia nie mogli popisać, on chciał w ogóle zrezygnować z rosyjskiego gazu i kupować norweski. Teraz, chwała Bogu, sytuacja się uspokoiła”. – mówił 14 stycznia 2011 roku Aleksander Rahr, prominentny doradca ds. Rosji niemieckiego rządu, parlamentu  i przemysłu w wywiadzie dla rosyjskiego portalu „Свободная Пресса”. Rahr, nazywany „pająkiem, który tka sieć powiązań rosyjsko-niemieckich”, doradza firmom rosyjskim, jest osobistym znajomym Putina i Miedwiediewa, członkiem elitarnego Klubu Wałdajskiego, lobbującego m.in. na rzecz jak najściślejszych związków Rosji z Niemcami. Aleksander Rahr jest wreszcie znawcą biznesu gazowego, który wspierał politykę wschodnią kanclerza Gerharda Schrödera, lobbysty Gazpromu oraz członka rady nadzorczej Nodstreamu budującego Gazociąg Północny. Tak więc bez dwóch zdań – nie byle jaki fachowiec od współczesnej osi Moskwa-Berlin.

Przypomniała mi się ta wypowiedź Rahra, gdy zobaczyłam informację, która dosłownie przemknęła przez TVP Info, dotyczącą najnowszego raportu Ośrodka Studiów Wschodnich na temat budowy przez Rosję elektrowni jądrowej w Kaliningradzie. Według OSW inwestycja ta zacieśni jeszcze wymianę energetyczną pomiędzy Rosją a Unią Europejską i wzmocni pozycję Kremla jako dostawcy prądu w regionie Morza Bałtyckiego, ograniczając bezpieczeństwo energetyczne Polski, Litwy, Łotwy i Estonii.

 Polska po 10 kwietnia 2010 roku jest inną Polską niż  przed ”katastrofą smoleńską”, by trzymać się oficjalnej wykładni okoliczności śmierci prezydenta RP i członków oficjalnej delegacji katyńskiej. Rządy Platformy Obywatelskiej i prezydentura Bronisława Komorowskiego przyniosły zmianę kursu o 180 stopni w polityce międzynarodowej, zwłaszcza w odniesieniu do Rosji, Niemiec i Unii Europejskiej.

Prezydent Kaczyński realizował politykę wzmocnienia znaczenia Polski w regionie oraz uniezależnienia od dyktatu energetycznego Rosji. Nie bez kozery więc niemiecka „National Zeitung” pisała w 2007 roku o Polsce jako o amerykańskim „koniu trojańskim” w Unii Europejskiej. W 2012 roku, chociażby po niedawnym przemówieniu prezydenta Komorowskiego w ONZ, proatlantyckość naszego kraju można wyrzucić do kosza. Nota bene tezy tego wystąpienia przygotował prezydencki doradca prof. Roman Kuźniar, twierdzący swego czasu, że zbrodnia katyńska została dokonana na wielu narodowościach, więc nie było to żadne ludobójstwo, w każdym razie nie na Polakach.

Gdy Jarosław Kaczyński mówił o rosyjsko-niemieckim kondominium, wywołał lawinę ataków z obozu rządowego. Na zasadzie – uderz w stół nożyce się odezwą. A przecież zmiana warty w Warszawie dała Rosji i Niemiec pewność, że Polska pozostanie w ich sferze wpływów, m.in. w wyniku pozostawania w kleszczach uzależnienia od dostaw gazu z Rosji z jednej strony, zaś od niemieckiej dominacji gospodarczo-finansowej – z drugiej.

Za początek „polityki podnóżkowej” można przyjąć październik 2010 roku, gdy wicepremier Waldemar Pawlak podpisał skrajnie niekorzystną dla Polski, a znakomitą z punktu widzenia interesów Gazpromu, umowę gazową z Rosją. Były i inne efekty „polityki miłości”, takie jak m.in. Nordstream, czy połączenie promowe z Sassnitz na wyspie Rugii do portu Ust-Ługa.

 Czekająca właśnie kierowców mających samochody na tzw. autogaz (LPG) znaczna, bo nawet o 40 groszy za litr, podwyżka cen tego paliwa w wyniku podniesienia za wschodnią granicą o 130 proc. ceł na gaz płynny, to jedynie kolejne ogniwo łańcucha zależności surowcowej od wschodniego sąsiada. Ponadto dzięki polityce rządu Donalda Tuska najprawdopodobniej stracimy także szansę na zarobek z tranzytu kolejowego towarów z Azji do Europy. Rosja ogłosiła, że wyłoży 63 mld. dolarów na budowę „szerokiego toru” przez Słowację do Wiednia. Polska, ze swoim terminalem w Sławkowie, zostanie ominięta od południa.

W górę pójdzie LPG, a pewnie i gaz ziemny, ale według wszelkich znaków na niebie i na ziemi czekają nas również drastyczne podwyżki cen prądu. Pytamy często, czy prąd oraz gaz ziemny muszą być aż tak drogie, że następuje powrót do ogrzewania domów piecami na ekogroszek. Trudno, by było inaczej skoro np. słono… dopłacamy Niemcom do ich prądu, przesyłanego przez nasz kraj tranzytem do Czech, Słowacji i Austrii i trafiającego do południowych landów Niemiec! Tak, to nie pomyłka. Portal dziennik.pl poinformował 10 września, że „w 2011 r. polskimi sieciami przepłynęło 5 TWh energii wyprodukowanej przez wiatraki na północy Niemiec. To około 3 procent polskiego zapotrzebowania na prąd. Problem w tym, że tej energii nikt u nas nie zamówił i nikt z niej nie skorzystał (….). Za tę operację Polska płaci krocie, bo polskie sieci notują ogromne straty zanim prąd dotrze za granicę. Według fińskiego eksperta Matii Supponena za taki transfer PSE Operator płaci ok. 40 mln euro rocznie. To oznacza, że od 2006 roku dopłaciliśmy już Niemcom ponad ćwierć miliarda euro”. A co, nie stać nas?

Julia M. Jaskólska

Autor bloga

jaskolska

Julia Jaskólska

Filozof, publicystka, m.in. „Nasz Dziennik”, Radio Maryja, „Miejsca Święte”, „Kurier Codzienny” (Chicago)

Najczęściej czytane na blogu

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook