Jedynie prawda jest ciekawa

„Polacy nic się nie stało”

30.06.2012

W Polsce skończyło się Euro. W spadku pozostał opustoszały Stadion Narodowy koszmarnie psujący architekturę stolicy.

Na razie wiadomo, że w październiku zagramy na nim z Anglią w eliminacjach do Mistrzostw Świata, odbędzie się na nim pewnie też kilka koncertów, które na stadion nie zarobią.

Zostały też autostrady i drogi szybkiego ruchu. Już nie nadające się do jeżdżenia, co zresztą przewidywali krytycy „rządu miłości”. Skończył się cywilizacyjny skok i dwudziesty pierwszy wiek w komunikacji. Na drogi wrócili fachowcy i poprawiają fuszerki. Można więc zapomnieć np. o dojechaniu z Warszawy do Berlina w 4,5 godziny, dłużej potrwa także wyprawa ze stolicy do Łodzi czy Poznania - informuje „Dziennik Gazeta Prawna”. „Kierowcy na autostradzie A2 (cudem otworzonej przed Euro) muszą spodziewać się w wielu miejscach zamkniętej lub zwężonej jezdni i ograniczeń prędkości do 50 km/h. Koło Łodzi i Grodziska będzie kończona nawierzchnia, a budowlańcy pojawią się również przy niedokończonych węzłach. Remonty będą także na trasie S7”. To i tak pół biedy, bo na podanych wyżej trasach przynajmniej można (chyba) będzie jakoś jechać. Co natomiast zrobią kierowcy w Gdańsku? Tam właśnie, zaledwie po dwóch tygodniach od otwarcia, zaczęła uginać się południowa obwodnica Gdańska. I nie o żadne tam parę milimetrów tylko o centymetry! Co tam, swoje zadanie spełniła. Ważne że przeżyła Euro i nie było tak jak we Wrocławiu, gdzie o rzut beretem od stadionu olbrzymią dziurę w miejscu gdzie miał wyrosnąć kompleks handlowy przykryto w ostatniej chwili wielometrową reklamą mistrzostw. By nikt nie wpadł.

„Polacy nic się nie stało” – skandowali po odpadnięciu naszych kibice, mimo że reprezentacja dała plamę na turnieju. Gdyby jej nie dała, to i może i działania z cyklu „malujemy trawę na zielono”, przebijające PRL i obrazy z filmów genialnego Barei, dałoby się jakoś przełknąć. Sukces sportowy potrafi przyćmić wszystkie braki. Ja – niestety - od początku złudzeń nie miałam, pozbyłam się ich do końca już po- szczęśliwie nieprzegranym - meczu z Grecją, gdy zobaczyłam jak naszym „orłom” starcza sił na kawałek meczu. Może trochę tłumaczy ich fakt, że od dwóch lat nie grali meczu o stawkę? Ale z drugiej strony, po co był trener i tak zachwalany sztab szkoleniowy? Gdzie byli psychologowie? Franciszek Smuda nie widzi swojej winy. Kompromitacji nie było, bo nie dostawaliśmy zero do sześciu. Może dlatego, że nie trafiliśmy na Włochów, Portugalczyków, czy Hiszpanów? Ot, taki drobiazg…

Klęskę w Euro już na długo przed jego początkiem przewidział wybitny bramkarz reprezentacji Jan Tomaszewski. A że „człowiek, który zatrzymał Anglię” słynie z niewyparzonego języka i śmiał w ogóle negować przewidywany sukces drużyny Smudy i prezesa Laty, no to spadły na niego gromy.

Apogeum konfliktu zaczęło się chyba 9 maja, gdy Tomaszewski w Radiu Zet krytycznie odniósł się do składu kadry. Stwierdził m.in., że nie chce, aby w reprezentacji, w koszulce z białym orłem „grali jeden Francuz i dwóch Niemców, którzy grali już dla Francji i dla Niemiec” i „odbierają naszym, prawdziwym Polakom” miejsce w reprezentacji. O tych „prawdziwych Polakach” rozpisywali się wszyscy, jaki to ten Tomaszewski ksenofobiczny, choć przecież poseł PiS skrytykował postawienie przez Smudę na wątpliwej renomy obcokrajowców, miejsce których spokojnie mogliby zagrać piłkarze z podwórka krajowego i spotkania grupowe potwierdziły tę analizę.. W odpowiedzi „Franz” Smuda, po tym jak Tomaszewski nazwał jego reprezentację „kadrą hańby”, wystąpił z postulatem wypędzenia bramkarza z kraju.

Na szczęście ten ostatni nie za bardzo się przejął. I mówił swoje. 18 czerwca w rozmowie z portalem wp.sport.pl po raz kolejny podkreślił, że w kadrze „grał człowiek skazany prawomocnym wyrokiem sądu za korupcję i trzech „farbowanych lisów”, którzy już grali dla swojej ojczyzny. Pierwszej ojczyzny.” I podniósł jeszcze jedną rzecz, na którą wraz ze znajomymi i ja zwróciłam uwagę - strój trenera reprezentacji. Pal już licho, że Smuda – odmiennie niż większość selekcjonerów – nie zakładał garnituru. Jak mówi, źle się w nim czuje. Niech będzie. Jest coś więcej i słusznie Tomaszewski grzmi: „Trener (…) łamie ustawę parlamentu, którą przegłosowaliśmy na wniosek prezydenta. Oczywiście dotyczyła ona godła oraz barw narodowych. Wystąpił w polówce bez orła w koronie ani biało-czerwonej flagi. Zamiast tego znalazło się miejsce dla marki producenta, a po drugiej stronie ta gafa PZPN-u z podpisem „Polska”. Czy to jest przestępstwo? Hmm, nie wiem, czy tak to nazwać, ale w każdym bądź razie jest to łamanie prawa.” Rozumiem jego rozgoryczenie. W czasach Górskiego, Gmocha, Wójcika, czy Engela coś takiego było nie do pomyślenia.

Tomaszewski nigdy nie ukrywał, że nie darzy szacunkiem prezesa Laty, podobnie jak całego PZPN, który jest wciąż matecznikiem koterii i układów. Zna metodę, by to zmienić i mówi o niej od dawna. To wprowadzenie komisarza do Polskiego Związku Piłki Nożnej. „Tutaj nic nie pomogą zmiany kosmetyczne, rotacja na stanowisku trenera. Przy takich grabarzach polskiej piłki, jakimi są ludzie ze Związku, sam Mourinho i Ferguson g…o by zrobili. Wprowadźmy komisarza i od prezesa aż po sprzątaczkę, wszystkich należy wymieść.”

Tylko się podpisać pod tymi słowami. Czy jednak ministra Mucha zdecyduje się na taki krok,
skoro odwagi nie mieli jej poprzednicy, którzy uginali się pod groźbami UEFA i Platiniego, włącznie ponoć z szantażem wykluczenia polskich drużyn z rozgrywek pucharowych? PZPN jest państwem w państwie. Podlega UEFA, a nie rządowi i decydenci z PZPN czują się nietykalni. I dalej zapewne tak będzie.

Tymczasem Jan Tomaszewski zrezygnował właśnie z członkostwa w Klubie Wybitnego Reprezentanta. Zrobił to po tym, jak Władysław Żmuda, filar obrony w najlepszych czasach polskiej piłki, zgłosił w PZPN wniosek o wyrzucenie swojego kolegi z boiska z KWR. Właśnie m.in. za wcześniejsze ataki na „farbowanych lisów”.

Można mieć zastrzeżenia, co do tonu wypowiedzi legendy polskiej bramki, ale nikt nawet inny wybitny piłkarz nie ma prawa go karać za poglądy. Tym bardziej, że Tomaszewski nie mylił się w ocenie sytuacji w naszej piłce, co przyznał 29 czerwca w programie „Piaskiem po oczach” Zbigniew Boniek: „Rację miał Jan Tomaszewski, który mówił o polskiej reprezentacji, że z tego nic nie będzie, wszystko się wyleje, jesteśmy słabi, nic nie zrobimy. Braliśmy go za wariata, złego proroka, ale tak to wyglądało”.

Jak jednak wiadomo najtrudniej być (dobrym) prorokiem we własnym kraju.

Julia M. Jaskólska

Autor bloga

jaskolska

Julia Jaskólska

Filozof, publicystka, m.in. „Nasz Dziennik”, Radio Maryja, „Miejsca Święte”, „Kurier Codzienny” (Chicago)

Najczęściej czytane na blogu

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook