Jedynie prawda jest ciekawa


Czy chcesz być młody, zdrowy i bogaty?

22.08.2015

Stawiam dolary przeciw orzechom, że po przygodzie z wrześniowym referendum będziemy mieli spokój z demokracją bezpośrednią.

Polska to nie Szwajcaria, w której referenda odbywają się kilka razy w roku. Ani nie Niemcy, w których referenda nie są przewidziane poza dwoma przypadkami: zmiany konstytucji i w sytuacji zmiany granic państwa. Dla Szwajcarów referendum to chleb powszedni i rozstrzygają w nich takie kwestie jak wysokość podatku od spadku czy takie jak pod koniec 2014 roku, gdy w referendum odrzucili wszystkie trzy poddane pod głosowanie inicjatywy: zwiększenia rezerw złota, zaostrzenia kwot imigracyjnych, a także zniesienia ulgi podatkowej dla zamożnych cudzoziemców.

Ale Szwajcaria to ewenement na skalę światową, jeśli chodzi o długą tradycję i skalę bezpośredniego udziału obywateli w sprawowaniu rządów. W polskiej demokracji reprezentatywnej, w której obywatele sprawują władzę za pośrednictwem wybranych parlamentarzystów i wyłonionego przez nich rządu, referendum nie ma umocowania, nie cieszy się powodzeniem. I to nawet jeśli kwestie w nim rozstrzygane wydają się ważne i udział w głosowaniu, na zdrowy rozum, jest w interesie obywateli, czyli niby oczywiste jest, że powinni przecież pójść.

Tak już było z podwójnym referendum w 1996 roku. W części uwłaszczeniowej głosujący odpowiadali na pytanie: „Czy jesteś za przeprowadzeniem powszechnego uwłaszczenia obywateli?”, a w prywatyzacyjnej padły cztery pytania dotyczące wykorzystania majątku państwowego, w tym zasilenia powszechnych funduszy emerytalnych z prywatyzowanego majątku państwowego. Były to pytania nieważne? Ależ skąd, bardzo ważne. Ci, którzy wzięli udział w tych niejako dwu referendach na wszystkie pięć pytań w większości, prawie jak jeden mąż, bo na poziomie ok. 90 proc., odpowiadali twierdząco, ale głosowanie było nieważne, ponieważ do urn poszło niewiele ponad 30 proc. uprawnionych, a próg wynosił 50 proc.

Ten przykład w odróżnieniu od dwudniowego referendum akcesyjnego z 2003 roku czy konstytucyjnego z 1997 roku, w którym nie było progu frekwencyjnego, może jeszcze dziś stanowić jakiś punkt odniesienia. W referendum zarządzonym na 6 września przez prezydenta Bronisława Komorowskiego mamy trzy pytania. Prawdopodobnie znaczna większość spośród tych, którzy zdecydują się pójść, opowie się za jednomandatowymi okręgami wyborczymi, przeciw finansowaniu partii z budżetu i, mimo że to już reguluje ustawa, za rozstrzyganiem wątpliwości na korzyść podatnika. Zatem wynik jest przewidywalny podobnie jak w referendum uwłaszczeniowym. Podobnie też najprawdopodobniej będzie z frekwencją. Skąd taki brak zainteresowania, skoro, cokolwiek już by nie sądzić o okolicznościach rozpisania tego referendum, temat ordynacji czy finansowania partii nie jest błahy i pośrednio dotyczy wszystkich obywateli w naszej przedstawicielskiej demokracji.

Z zainteresowaniem obserwowaliśmy niedawne referendum w Grecji dotyczące porozumienia z międzynarodowymi kredytodawcami, a to wrześniowe — w którym każdy może wziąć udział i na przykład opowiedzieć się za utrzymaniem finansowania partii politycznych z budżetu, o ile się, dajmy na to, obawia, że za walizkę pieniędzy da się załatwić ustawę — traktowane jest obojętnie.

Czy nie jest tak, że o powodzeniu referendum decydują emocje i jednak nieprzewidywalność odpowiedzi na zadane pytanie? Na to by wskazywał przykład grecki, gdzie do końca nie było wiadomo, jaki będzie wynik. Albo też przykład katolickiej Irlandii, w której w referendum opowiedziano się za legalizacją małżeństw osób tej samej płci. W Irlandii wprawdzie sondaże wskazywały, że większość jest za legalizacją związków homoseksualnych, ale jednak głosowanie poprzedziła pełna emocji kampania, w tym podnoszenie przez przeciwników proponowanych regulacji argumentu, że związki jednopłciowe mogą być groźne dla dzieci.

Ostatecznie i w Grecji, i w Irlandii do urn poszło niewiele ponad 60 proc. obywateli. Chyba nie tak wiele, zważywszy całą temperaturę sporu i, jak to się mówi, postawienie sprawy na ostrzu noża. Gdybyśmy mieli decydować w referendum na przykład o przyjęciu euro albo o jakiejś emocjonującej kwestii światopoglądowej, to być może udało by się uzyskać wymaganą frekwencję. Jednak w przypadku pytań typu: „Czy chcesz być młody, zdrowy i bogaty?”, „Czy chcesz krócej pracować?”, na które odpowiedź jest oczywista i przewidywalna, a sama kwestia nie budzi szczególnych emocji, to efekt jest taki jak w przypadku wspomnianego referendum uwłaszczeniowego. Dlatego stawiam dolary przeciw orzechom, że po przygodzie z czekającej nas 6 września z referendum, znowu przez lata będziemy mieli spokój z demokracją bezpośrednią.

Autor bloga

jaskolska

Julia Jaskólska

Filozof, publicystka, m.in. „Nasz Dziennik”, Radio Maryja, „Miejsca Święte”, „Kurier Codzienny” (Chicago)

Najczęściej czytane na blogu

Wiadomości ze świata

więcej
CS157fotoMINI

Czas Stefczyka 157/2018

PDF (9,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook