Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Żyć i umrzeć w Suruć

21.07.2015

Nie ma nic bardziej rozleniwiającego niż poczucie czasu na turecko - syryjskim pograniczu. Pierwsze pół dnia ciągnie się dostojnie, smakuje upałem, kurzem i mocną kawą.


 Nic się nie dzieje, nikt nie jest punktualny. Świat rusza po południu i z nadciągającym szybko zmierzchem nagle przyspiesza.
Leniwe południe, pijemy aromatyczną herbatę w Ośrodku Kultury w Suruć, opowiadamy o naszym spotkaniu z bratem wielbionego tu "Apo" - Osmanem Ozallanem.
Ludzie z YPG uśmiechają się sceptycznie. Nie robi to na nich większego wrażenia. Osman juz wypadł z obiegu, jest emerytem, nie budzi tu zainteresowania. Co innego Abdullah "Apo" Ozallan, więzień państwa tureckiego, on ciągle jest tu herosem i żywą ikoną.
Przekonujemy się o tym za godzinę, gdy bojownicy z pobliskiego Kobane zapraszają nas na wiec YPG. Świętują rocznicę wyzwolenia Kobane.
Wszędzie flagi z charakterystycznymi barwami YPG i marksistowskie gwiazdy.
Piękne dziewczyny z opaskami partii. Dynamiczna muzyka i jedyny w swoim rodzaju krąg taneczny. Kurdowie tańczą swój taniec bojowy. Mężczyźni osobno, dziewczyny osobno. Robi wrażenie, czuje się entuzjazm, bojowego, plemiennego ducha Kurdów.
Znamy już ten taniec z irackiego Kurdystanu. Tam jednak wznoszono okrzyki "Biji Peshmerga", tu słychać "Biji YaPaGa". Tu Pehmergowie nie budzą entuzjazmu. Skomplikowana geografia kurdyjskich sympatii.
Kobane to królestwo YPG, choć od kilku tygodni są tam także Peshmergowie z Kurdystanu irackiego, przybyli na pomoc swoim ziomkom w walce z islamskimi fanatykami, zwanymi tu DAESH.
Jest wesoło, entuzjastycznie, mimo woli sami się uśmiechamy i klaszczemy w dłonie. Nie rozumiemy marksistowskich ciągot tutejszych Kurdów, ale trudno nie czuć sympatii wobec odważnych ludzi.
Następnego dnia wyjeżdżamy do Gaziantep.
Poranna kawa, lektura wiadomości z internetu. Naraz Maciek Grabysa przynosi informacje o zamachu bombowym...w Centrum Kultury w Suruć.
Tego dnia mieliśmy już tam być, właśnie w Centrum mieliśmy mieć spotkanie z bojownikami z Kobane. Trochę z lenistwa (Bliski Wschód szybko wchodzi w krew), trochę na skutek dziwnych, złych przeczuć Maćka odłożyliśmy wizytę na popołudnie.
Michał Król, nasz operator i producent filmu "Insha Allah Krem Męczenników" znacząco na mnie spogląda. Robi się nam gorzko w ustach. Przecież mogliśmy tam być.
Przeczucia ...skąd to się bierze?
Wsiadamy w samochód i pędzimy do Suruć. Na miejscu setki policjantów i żołnierzy armii tureckiej, bezczelnie włazimy na miejsce wybuchu. Wszędzie krew, porozrzucane buty, tłum ludzi napierający na policyjny kordon, płaczące kobiety.
W zamachu zginęło 42 osoby, 80 zostało rannych. na polu śmierci pracują poubierani w laboratoryjne stroje patolodzy. Co chwilę któryś wsadza do słoika palec, ucho, strzęp ciała.
Zamachowczyni, kobieta w wieku dwudziestu kilku lat, zdetonowała ładunek, który miała na sobie, wprost pod transparentem YPG.
Strzęp jej ciała leży ponoć wewnątrz budynku, ale tam policjanci nikogo nie wpuszczają. Towarzyszący jej mężczyzna próbował uciekać, ale dopadli go Kurdowie. W ostatniej chwili turecka policja wyrwała go żywego z ich rąk. Siedzi teraz w areszcie.
Robimy zdjęcia, rozmawiamy z ofiarami i świadkami. Opowiadają jak naraz senny Suruć zamienił się w piekło.
Islamiści zapowiedzieli następne ataki. W Kobane wybuchł samochód pułapka.  Snajper zastrzelił dwoje cywilów.
Dopec, oficer z Kobane dokładnie relacjonuje nam przebieg ostatnich walk.
YPG i Peshmergowie ochraniają tam życie kilkunastu tysięcy mieszkańców, którzy zdecydowali się pozostać w tym mieście ruin i zniszczeń. W Kobane nie ma wody, nie ma prądu, jest za to pod dostatkiem min pułapek i zakamuflowanych snajperów z DAESZ.
Na chwilę zastyga ruch kursujących przez oficjalnie zamknięta granicę szmuglerów.
Turcy pokazowo uszczelniają linię pomiędzy wypalonymi wzgórzami a pierwszymi ruinami Kobane.
Tym razem nie uda się przejść do tego syryjskiego miasta.
Kręcimy się po Suruć, czujemy się jak myszy w pułapce. Ani kroku do przodu. Nie ma wyjścia. Po raz pierwszy w czasie realizacji filmu musimy się cofnąć.
Nasze ruchy nie uchodzą jednak uwadze tureckiej bezpieki. Zatrzymują samochód. Nasz przewodnik z Free Syrian Army musi się gęsto tłumaczyć, jest syryjskim Kurdem. My za to  musimy pokazać wszystkie  nagrane materiały.
Bezpieczniacy są oschli, ale nie przesadzają. Coś tam każą wykasować, fotografują nasze dokumenty. W tym czasie, jak się później okazało, ktoś dokonał włamania do jednego z naszych pokoi. Nic nie zginęło, obsługa hotelu wcale nie była przejęta. Bliski Wschód, podwójne życie, podwójna mowa, pokręcone interesy.
Ze smutkiem wspominamy piękne twarze dziewczyn z YaPaGi, kilka z nich rozerwał wybuch. Tak pięknie tańczyły, tyle było w nich młodości i życia...
W nocy długo rozmawiamy. To już druga bomba, która nas ominęła. Wcześniej, w Ankawa, chrześcijańskiej dzielnicy Erbilu, kilka dni po naszym wyjeździe też wybuchł ładunek trotylu umieszczony w samochodzie. To było zaledwie kilkaset metrów od naszego hotelu.
Nic to jednak w porównaniu do cierpienia, które teraz widzieliśmy w Suruć.
Najgorsze jest to, że tu grom pada z jasnego nie ma. Nic nie zapowiada burzy i nagle....
Życie traci się tu w najbardziej banalnych okolicznościach...Bez patosu, ot trzask i kwitnąca gałąź zostaje złamana.

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook