Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Zapiski z udziałem „Bufetowej”

11.10.2013

Zdaje się, że pan Guział rozpętał coś co nigdy nie zostanie mu, przez rządzący salon, zapomniane.

Kiedyś, towarzyskim trafem, znalazłem się w krakowskiej siedzibie Stronnictwa Demokratycznego. Wszyscy tam obecni byli niezmiernie podnieceni, bowiem odwiedzić ich miała niebagatelna persona – sama szefowa Zjednoczonych Sztabów Wyborczych Lecha Wałęsy, podówczas pracownica NBP – Hanna Gronkiewicz Waltz, osoba niesamowicie ideowa, której wtedy – wraz z Joanną Fabisiak – miał się pono osobiście objawiać Duch Święty.

W pałacyku SD – nota bene przehandlowanym właśnie przez Piskorszczyków za jakieś dziewięć baniek komuś nie kojarzonemu przez nikogo – zebrało się wtedy podniecone grono polityków lokalnych, grono wytrawne i żądne usłyszenia o treści najnowszych objawień Trzeciej Istoty Boskiej. Pani Hanna przyszła, i kilkadziesiąt par oczu natychmiast zawisło na jej kształtnych ustach, żądne (jako już rzekłem) posłyszenia nowych rewelacji, które osoba mająca osobisty kontakt z Trzecią Osobą, miała wypowiedzieć swym dźwięcznym, słowiczym głosem.

Na spotkanie przyszedł także profesor Gwidon R., znany krakowski abnegat i filut.

Pani Hanna perorowała z natchnioną emfazą, o tym jak też jej atencja do Lecha Wałęsy zmienia się niepostrzeżenie w miłość prawdziwą i czystą, gdy nagle profesor Gwidon R. – politolog i znawca problematyki międzynarodowej, głośno zepsuł powietrze...

Dystyngowana ciżba zamilkła w niemym przerażeniu, w ciszy pełnej krakowskiego oburzenia i degustacji, zdało się słyszeć chędożące się na szybie dwie opasłe muchy.

Hanna utkwiła spojrzenie, które z rozmodlenia powoli zaciągało się niemym szlochem, w autorze owego wokalno – trzewialnego wyczynu.

Ten jednak, niezrażony świętą inkwizycją wzbierającą we wstrzymanych z oburzenia oddechach obecnych, ...wstał. Wtedy oczom zgromadzonych ukazała się rozległa plama na jego jasnych, wyjściowych, spodniach.

- Kochanie – rozpoczął lekko alkoschrypniętym barytonem profesor.

- Kochanie, aniele słodki – powtórzył wpatrując się w piękne oczy HGW.

- Podniecałaś mnie ogromnie w swoich telewizyjnych wystąpieniach, ale teraz przeszłaś samą siebie. Nie wytrzymałem... - zawiesił scenicznie głos i powiódł spojrzeniem po obecnych.

- Nie wytrzymałem i się zlałem! – dokończył wśród ogólnego tumultu wykształconych i stęsknionych za władzą uczestników spotkania, którzy na wyprzódki jęli go ze spotkania wywalać.

Hanna zamilkła i ta chwila stała się najmilszym wspomnieniem jakie z jej osobistym udziałem zachowałem w swojej pamięci.

Teraz, kiedy Warszawiacy stają przed zadaniem utylizacji jej postaci ze stołecznego ratusza, wspominam sobie duchowe małmazje jakimi nasyciłem się wtedy za sprawą HGW i rozkosznego profesora Gwidona R.

Zdaje się, że pan Guział rozpętał coś co nigdy nie zostanie mu, przez rządzący salon, zapomniane. Jednak jeśli oderwanie słodkiej HGW od żłobu się powiedzie, to pan Guział i wszyscy sprawcy deratyzacji Warszawy, znajdą swoją serdeczna szufladkę w mojej pamięci i być może sprawią, że HGW nie będzie mi się już kojarzyła ze słynną krakowska szarżą profesora Gwidona R., który – wbrew pozorom – błyskotliwością mógłby obdzielić niejeden pluton HGW i Fabisiaków.

Profesor Gwidon R. już nie żyje... dokonał żywota złożony zgryzotami świata i reperkusjami wynikającymi ze zbyt częstego wspierania monopolu spirytusowego.

Pamiętam jednak, że nawet w stanie największego zamulenia alkoholem i papierosami, profesor R. wlepiał mata najtęższym szachistom, regularnie grającym na wiślanych bulwarach.

A Hanny GW - i jej koleżanki - intelektualnie zjadał szybciej niż kumple Donalda Tuska ostrygi (w końcu oni wciąż się tego uczą).


Witold Gadowski

Zainteresował Cię artykuł? Szukaj nas na Facebooku!

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook