Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Jak pachnie Polska

16.12.2011

Człowiek pochłania świat oczami, jest – jak mawiają Niemcy – augentiere (zwierzęciem ocznym), jeśli zawiążemy mu oczy – słucha, potem dotyka, czuje temperaturę, smakuje i gdzieś tam, na samym końcu, wącha.

Właściwie to biologicznie jesteśmy przeciwieństwami psów, które, jak wiadomo, najpierw wąchają, a dopiero potem widzą i to niespecjalnie, bo czarno – biało i mało przestrzennie. 

Jakby przekornie, wobec tego co napisałem, chciałem zająć się tym najsłabszym, anachronicznym niemalże zmysłem – węchem, rozpoznawaniem zapachów, ale zapachów osobliwych szczególnie – tego jak pachnie historia.

Pierwszy mój kontakt z poważną Polską nosił zapach pożółkłego kartonu, starej fotografii, na której, wyprężony jak struna, stał mój prawie dwumetrowy dziadek, z ogoloną głową i dwoma małymi brzdącami w marynarskich mundurkach siedzącymi na zgrabnym, antycznym taborecie.

 W atelier przedwojennego fotografa ze Skałatu dziadek stał dumnie, z ogoloną na zero głową, w mundurze oficera Korpusu Ochrony Pogranicza i wyglansowanych bryczesach. W jego ramię wtuliła się moja babcia, miniaturowa (ledwo metr sześćdziesiąt) Kazimiera z Hołyńskich.

To pożółkłe zdjęcie pachniało szczególnie, tak jakby nadchodząca śmierć w Katyniu i syberyjska tułaczka mojego ojca, jego brata i babci zostawiły na niej swoją niepowtarzalną nutę.

Jako kilkuletni chłopiec, patrząc na tą fotografię, nauczyłem się, że Polska (ta prawdziwa Polska w mundurze, z dziarską miną) pachnie czasem, starym papierem i dostojnością.

Ten sam zapach miały przedwojenne „Płomyki” i „Płomyczki”, na których wychowywałem się myszkując w przepastnej bibliotece babci.

II Rzeczpospolita pachniała starym papierem, ale pachniała jakoś tak dostojnie – jak wąsaty „Marszałek na Kasztance”, jak budowniczowie Gdyni, jak Liga Morska i Kolonialna i pan prezydent Mościcki.

Godzinami mogłem czytać opowieści o bohaterskich legionistach, żołnierzach wojny z bolszewizmem czy o bohaterskim małym Franiu, który nie chciał spać i nie mógł się uspokoić zanim, w 1920 roku, nie oddał krwi dla polskich żołnierzy.

W szkole podstawowej atakowały mnie sowieckie „Przyjażnie” i „Kraje Rad” drukowane na śliskim, nieprzyjemnym papierze, który, jak mawiał mój wujek, nie nadawał się nawet do czynności niewymownych...

Pamiętam jeszcze drukowane na gorszym papierze „Krokodile”, w których roiło się od śmiesznych, wykrzywionych gęb kapitalistów.

Moi rodzice musieli co miesiąc płacić szkole za „dobrowolną” prenumeratę prasy kraju gdzie swobodno dyszit cziełowiek.

Nie lubiłem tego obcego, szeleszczącego zapachu i papieru, na którym trudno było dorysowywać wąsy Breżniewowi i rogi na łysej glacy Lenina.

Pamiętam też unoszący się w rześkim, grudniowym powietrzu zapach strachu, zapach zaczajonych za węgłem szpicli, gdy 13 grudnia 1981 roku wprowadzili jakiś „stan wojenny”. Dla mnie jakiś, bo miałem wtedy 17 lat, mieszkałem w Zakopanem i podkochiwałem się w swoich licealnych koleżankach, a o polityce wiedziałem tylko tyle, że trzeba się od niej trzymać z daleka.

 Podobały mi się jednak czerwone, rozbrykane litery „solidarycy”, tak inne od szarości gazetowych doniesień z kolejnych zjazdów partii. Napisałem je więc na bloku, farbą ukradzioną od sąsiada.

 Pół godziny później w moim domu byli esbecy – śmierdzieli niemytymi ciałami i starym, ukrytym w ich szarych garniturach i płaszczach, potem.

Już na studiach poznałem zapach gazu, dymu i aresztanckiego ancla, nawąchałem się przykładanych do ust „blondynek” (białych, milicyjnych pał).

Końcówka lat osiemdziesiątych odłożyła się w mojej pamięci tłustym zapachem olejnej farby, drukarskich chemikaliów i rozpuszczalnika.

Potem napłynęły pierwsze zapachy naszych plakatów w wyborach 1989 roku.

Kleiliśmy je wszędzie, radośnie, z umazanymi po łokcie rękami.

Nowa Polska pachniała świeżym lakierem, dobrym papierem i „Heidelbergami”, pierwszymi offsetami, z których schodziły zdjęcia „naszych”.

W następnych miesiącach przyszło terminowanie w „Czasie Krakowskim”, dyżury w drukarni, zapach wódki pitej z drukarzami i ołowianych kaszt. Wychodziliśmy wtedy jeszcze na „typo” (typografii). Wspomnienia o zecerach, metrampażach i panu Zenku, gońcu, który na nocny dyżur przynosił ohydną „Vistulę”.

Potem mam już w głowie tylko zmieszany bukiet zapachów jakie przynosiły ze sobą kolejne wybory, premierzy i prezydenci.

Dziś Polska ulica zaczyna pachnieć tak jak w czasach wczesnego Jaruzelskiego, jakimś takim nieokreślonym swądem zgnilizny, stagnacji i konformizmu.

Niby pełne perfumerie, ludziom żyje się dostatniej, a mój niepoprawny nos łowi te same, znane mi już wonie.

Czasem zastanawiam się czy tak właśnie pachnie wstyd, poczucie wstydu jakie towarzyszy karierze  robionej kosztem prawdy? – tak jakoś zalatuje mi dziś od „gwiazd” żurnalistyki.

Lepsze kosmetyki, Zachód, świat otworem, a oni pachną tamtym Tumanowiczem, Stefańskim, Barańskim, Falską.

Jakiś cholerny, zdradliwy zapach...

No i ludzie znów noszą na sobie tą sama woń co wtedy, zapach wycofania, ucieczki w prywatność i co tu dużo mówić – niechęci przed wychylaniem się.

Mój doświadczony nos mówi mi jednak jeszcze jedno – tak pachnie zawsze przed zmianą, przed otwarciem nowych drzwi czasu, przed kolejnym skokiem historii.

Gdybyż ten nos mógł jeszcze łowić przyszłe obrazy hmmm....ale, jako się rzekło na wstępie, powonienie jest ślepe jak kret.

Witold Gadowski

[Fot. Gad]

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook