Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Wspólnota Rechotu

15.09.2014

Michnik ostrzega przed imperialnymi zakusami Władimira Putina, Lis bąka coś o agresywnej Rosji, Nałęcz i Kuźniar – na wyścigi – straszą wojną. Ba, Tusk opowiada, że dzięki PO nowy rok szkolny nie zaczyna się tak, jak pamiętny wrzesień.

Niektórzy, ci bardziej pamiętliwi, przecierają ze zdumienia oczy i uszy. Reszta – ta baraniona przez GW i tvn – łyka to jak świeże nowalijki ze spółdzielni „Woreczek” (kto czytał Tyrmanda, ten wie o czym piszę, kto nie czytał – jego strata).

Ludzie są tumanieni i będzie tak zawsze. Misja odtumaniania jest pracą syzyfową, jednak nieodzowną i konieczną. Jest jak opróżnianie szamba, które i tak - wkrótce - nabiegnie nieczystościami.

Kiedy zatem spojrzymy na ostatnie ćwierćwiecze (mój kompanion, zaczytany w Niziurskim, mawia - świerszczwiecze), nie uciekniemy przed obserwacją, że w Trzeciej RP wytworzyła się nader ciekawa (dla wnikliwych analiz wojny dezinformacyjnej i propagandowej) kasta ludzi rechoczących.

Nie śmiejących się zdrowo, perliście z zatrzęsieniem brzuszyska, ale takich złośliwie skrzywionych, suchotniczych wesołków na pokaz, a w głębi duszy skręconych jak baranie jelita.

Rechot tym się bowiem różni od zdrowej wesołości, że jest wymuszony, na pokaz, że jest parskaniem po linii i na bazie, swoistym objawem stania w szeregu i posiadania poprawnych poglądów. Rechot wybucha jak uderzenie szpicruty i milknie takowoż.

Mówiąc o rechotnikach wcale nie mam na myśli współczesnych kabareciarzy, których występy, co i rusz, przywodzą mi na myśl produkcje teatrzyków z miasta Warschau, z lat 1940 – 45, nad którymi unosił się cień Igo Syma.

Ot kabaretowe wieśniaki-prostaki (nie z urodzenia, a z duszy) wyśmiewają dziś na rozkaz i w ściśle określonych ramach.

Czasy starego „Teya”, wrocławskiej paczki Jana Kaczmarka, czy najlepszych produkcji „Sześćdziesiąt minut na godzinę” minęły chyba bezpowrotnie, a los zacnego (pozdrawiam) Jana Pietrzaka czy Janusza Rewińskiego pokazuje, że proponowanie śmiechu miast rechotu kończy się wykluczeniem z ekranów reżimowych telewizji i zniknięciem ze świadomości Homo – rechotens (ludens przy nich brzmi zbyt dumnie).

Pisząc o szczwanych i wykwalifikowanych kreatorach „Wspólnoty Rechotu” wcale nie mam na myśli dyżurnych wesołków, nie myślę także o ludziach prezentujących poziom politgramotnych półdebili – takich jak resortowi szczekacze płazu Wojewódzkiego czy Figurskiego, nie myślę tu także o porannym fryzjerczyku ze spojrzeniem „ja wam towarzysze wszystko wyśpiewam” Kuźniarze.

Moja myśl krąży wokół typów nader posępnych i z poczucia humoru (zwłaszcza na własny temat) wyzutych – myślę o osobie posługującej się nazwiskiem Michnik, myślę o osobie tytułującej się generał Dukaczewski, myślę o dziesiątkach, ustrojonych w szarość, kreatorów dzisiejszych wydarzeń publicznych.

To towarzystwo nader mało dowcipne – no chyba, że czasem wymyślą coś naprawdę zabawnego, jak choćby premierzyca Kopacz czy prezydent Lewatywa z Bigosu. W takich wypadkach śmiech zamiera mi jednak na ustach, gdy spoglądam w sarkastycznie skrzywione oblicze najbliższej Przyszłości.

To bywa zabawne i pewnie towarzystwo też nieźle się bawi przy kreowaniu tego typu wydarzeń. Jest to jednak śmiech na granicy rechotu, parskanie jak z burlesek, kiedy ktoś zaryje nosem w zupie. Mniej wesoło staje się, gdy zrozumiemy, że ta burleska może mieć koniec rodem z horroru.

Sam jednak fakt, że w dzisiejszej Polsce nie widać elit, tylko żałosne podróbki modnych w świecie, a szczególnie w Moskwie i Berlinie, prądów, już wcale śmieszny nie jest.

Wszystko to jednak furda przy najgorszej obserwacji – oto, od dwudziestu pięciu lat, każdy głos zdrowego rozsądku, każda analiza oparta na realiach, natychmiast jest wyrechotana do bólu. W mediach utworzyły się całe zastępy psychuszkowców w białych (choć nie widocznych powszechnie) kitlach, gotowe zamknąć na przymusowe leczenie każdego, kto nie rechocze, nie wyrechotowuje niepoprawnych.

To już nie Orwell, to skrzyżowanie Keseya z Sołżenicynem. Pracowałem w psychiatryku, więc wiem, co znaczy zaaplikować komuś – medialne choćby – elektrowstrząsy, albo chemiczny kaftan bezpieczeństwa.

Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych krzyczeliśmy, że konieczne jest wprowadzenie w życie ustaw dekomunizacyjnych i natychmiastowej lustracji, medialno – polityczny chór imienia Pawki Morozowa, pod wspólną batutą Michnika, Kwaśniewskiego i Millera zarechotał te postulaty na śmierć.

Kiedy krzyczeliśmy, że należy za wszelką cenę doprowadzić do stworzenia alternatywnych źródeł dostaw surowców energetycznych do Polski, medialne dewoty wyszydzały to bez krępacji, a Miller wraz z towarzyszami Polem i towarzyszem nieboszczykiem Gudzowatym, ostatecznie przekreślili plany (rachityczne co prawda, jak to wszystko u pana Buzka) budowy „Gazociągu Północnego”. Dziś mamy szosę eksterytorialną, pardon - gazociąg eksterytorialny „Nordstream”, sabotowaną przez rząd Tuska budowę gazoportu w Świnoujściu i absolutne uzależnienie od gazpromowskich dostaw, więc panujący na Kremlu kacap dowolnie kręci sobie teraz zaworami i gazu w Polsce może zacząć brakować.

Aby nie pogrążać Was całkiem w prozaicznej sromocie, ujmę to bardziej poetycko:

Kiedy mówiliśmy: łupki,

oni rechotali jak głupki.

Kiedy wieszczyliśmy - ropa,

w krąg rechotała hołota.

Przyszedł czas, kiedy wszyscy trzeźwo myślący niepodległościowcy, od lewicy do prawicy, zaczęli zwracać uwagę na odradzanie się nowego sowietyzmu w Rosji, mówiliśmy o konieczności wzmocnienia armii, o zabezpieczeniu naszych granic, o aktywniejszej roli Polski w sojuszu NATO i w polityce zagranicznej w ogóle.

Rechot był wtedy podniebny – o paranoicy, o ciemniacy, o nacjonaliści, faszyści – wrzeszczała rechocząca w mediach tłuszcza.

Dziś – jakby nigdy nic – Tuski, Nałęcze i im podobne wyroby, pościerały z ust akty uwielbienia dla Putina i Rosji i dalejże ostrzegać, tumanić, przestraszać.

Niedługo gotowi są ogłosić, że to Jarosław Kaczyński i niepodległościowi publicyści są ruskimi agentami, a oni niezmiennie trwali na straży polskiej suwerenności.

Najpierw jednak trzeba było wyzabijać, w dwóch katastrofach, natowskich generałów i opluć pamięć jedynego prezydenta, który Polską przejmował się na serio.

Lech Kaczyński nie był przy tym żadnym prawicowcem, był po prostu polskim patriotą i starał się, jak umiał, coś dla naszego kraju realnie zrobić.

Wtedy jednak rechot był już w apogeum. 

***

Cóż takiego zdziałaliście jurgieltnicy – rechotnicy dla tej Polski, która obecnie nie schodzi wam z ideowo wybotoksowanych ust?!

A może od początku rechotaliście licząc deutscheeuro i rubelki?

Bo, jakbyście nie wiedzieli, to rechot jest właśnie takim śmiechem za pieniądze.

Brzmi jak wesołość ulicznej dziewki.

 

Witold Gadowski

 

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook