Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Raport z wyzwolonego Miasta

16.11.2014

Był chyba 1984 rok, w kościele ojców Redemptorystów w Krakowie tuż obok ołtarza, siedział starszy, siwy mężczyzna. Monotonnym głosem czytał swój wiersz.

Czytał o oblężonym Mieście, ale tak w istocie zerkał na nas i czuliśmy, że w ten sposób rozmawia właśnie z nami. Z tymi, którym wtedy przyszło nosić swoją młodość. Zaciskaliśmy pieści, gdy padały słowa:

„ (...)patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci
najgorszą ze wszystkich - twarz zdrady

i tylko sny nasze nie zostały upokorzone (...)”

Nasze sny wówczas były wspólne. Wiedzieliśmy kto oblega Miasto. Każdy z nas wyobrażał sobie, że to właśnie on będzie ocalony, on się nie ugnie i poniesie miasto w sobie.

Starszy pan uśmiechał się do nas smutnie – tak jakby coś wiedział -  ściskał dłonie, niewielkimi literami wpisywał nam, do przyniesionych ze sobą tomików, swoje imię i nazwisko. Dziś chowam ten tomik jak największą relikwię, pożółkł, poplamił się od częstego czytania.

Nieśliśmy to Miasto, aż przyszły wybory w 1989 roku. Wtedy wielu złożyło broń, zaczęli pisać Miasto małą literą, boć przecież Miasto się oparło, zwyciężyło, jego mieszkańcy mogli wreszcie swobodnie oddychać. Nie było potrzeby kontynuowania wojennego patosu.

Wyszliśmy za mury, nie w szyku bojowym jednak, ale każdy na własną rękę. Dowódcy oblężenia przywdziali nasze barwy, to oni właśnie odbierali od nas broń i gładzili po głowach. Tak, zwycięstwo przyszło niespodziewanie, nie wytoczono nawet kropli krwi – ot barbarzyńcy, którzy dotąd topili naszych dziadków i rodziców w gnojówce, teraz umyli ręce i stali na trybunach odbierając spontaniczne defilady.

Ani się spostrzegliśmy jak znów „jednostką obiegową stał się szczur”. Szczur szybko wyparł pieniadze, które tajemnie przechowaliśmy po piwnicach. Nasza waluta stała się śmieszna. Rychło  też niemodne stały się szare stroje z czasów oblężenia.

Festyny zaroiły się od kolorowych barw barbarzyńców, stały się modne, nosili je artyści i kuglarze...rychło też przywdziali je nasi młodzi. Minęło tyle lat, starszy pan już dawno nie żyje.

Po jego śmierci usiłowano nawet i jego otoczyć wiarą barbarzyńców. Był okadzany i w tych dymach coraz więcej było ich słów, tego co dawniej – bombami -  chcieli wcisnąć nam za mury.

Dziś barbarzyńcy defilują po placach naszego Miasta, zamieszkują w Pałacu Dożów, ich mowa wypiera naszą nawet z naszych najstarszych kościołów, w których szykowaliśmy się do odpierania kolejnych szturmów na mury Miasta.

Wtedy, u Redemptorystów,  miejsce obok mnie zajmował młody chłopak, tak jak i ja i wszyscy tam miał w sobie ponieść Miasto. Poniósł je do...”Gazety Wyborczej”, tam dali mu dobre żarcie i splendory.

Nie poznaję Miasta. Tak, jakby wjechał do niego niewidzialny drewniany koń, i z jego trzewi wypełzła słodka, nieodczuwalna zaraza. Coś zmieniło tamtych ludzi. Nie był to tylko czas. Nie była to tylko zdrada. Nie czuliśmy nawet kiedy zaczęto nam odbierać nawet nasze ostatnie ruiny.

Nie poznaję Miasta, nie ma już murów, maleje liczba tych, którzy kiedyś je bronili. Młodzi nie chcą wierzyć w to, ze kiedyś w ogóle istniało. Obrońców powszechnie chcą leczyć w klinikach psychiatrii. Masowo rozdaje się też pigułki na niepamięć. Zaczęła panować nowa ideologia, to dowódcy barbarzynców chowani są przy wtórze świętych pieśni Miasta. To barbarzyńców ubrano w barwy jego obrońców.

Przepłaceni heroldowie głoszą, że Miasto było jeno wesołym miasteczkiem, a zwycięstwo zawdzięcza „bohaterom” za muranmi, wśród wojsk oblężenia. Oni uratowali substancję. Obronili ją przed „ciemną hordą” nielicznych obrońców.

Ukradli nasze hymny i hasła, tworzą z nich teraz pomniki z cukru i wazeliny. Nasz upór stał się „wrogiem postępu”, nasze wiersze „mową nienawiści”. Nie żyje już stary kronikarz, a jego słowa wypucowano do czysta i oddano we władanie kałmukowi , którego obwołano stróżem majestatu Miasta. Brudne stopy tłuszczy rozniosły nawet proch Miasta na wszystkie strony bezsensu. Na głównym placu wyszydzono Krzyż. Nie jest już potrzebny. Wszak miasto jest wolne...

***

Codziennie siadam do swej bezsensownej pracy, z uporu, z nawyku, z poczucia, że nic innego nie  potrafię. Czepiając się sensu opowiadam tedy swym topornym językiem o Mieście, które istnieje. Codziennie, gdy kładę się spać, widzę światła zapalające się w górach. Jest ich coraz mniej...

Trudno jest walczyć z podłością codziennego kurzu, trudno jest odczytywać znaki, gdy wokół huczą tuby barbarzyńców. Trudno jest żyć bez walki wręcz, do której już nie jestem zdatny.

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook