Jedynie prawda jest ciekawa

Polska to konkretny program

04.02.2017

Nie ma się co czarować. Od osiemnastego wieku nie potrafimy znaleźć odpowiedniego oparcia, aby zapewnić Polsce stabilną niepodległość.

Być może komuś wyda się, że przesadzam, ale jak uczciwie przeanalizuje wypadki, to sam zauważy, że od tego czasu zdarzają nam się jedynie  przebłyski samodzielności i spokoju.

Wszystkiego nie da się zwalić na położenie geograficzne, ukształtowanie terenu i sąsiadów. Faktem co prawda jest, że sąsiedzi oddali naszej niepodległości jak najgorsze przysługi, ale niby dlaczego miałoby być inaczej?

Moskwa, kosztem Rzeczpospolitej Obojga Narodów, zbudowała swoje europejskie istnienie, a Niemcy odbiły się z letargu kosztem zjedzenia polskich resztek z carskiego stołu. Tyle historia. 

Można z niej wyciągać wnioski jakie tylko komu się podoba. Nie w tym rzecz. Istota poważnego namysłu o Polsce tkwi bowiem w osiągnięciu poziomu chłodnej kalkulacji.

Mamy właśnie chwilę na to, aby ponownie przemyśleć Polskę i jej międzynarodowy sens. Ze strony Moskwy niewiele się zmieniło, dalej traktują nas jak uciążliwą zawadę na drodze ku europejskim wpływom. Tym bardziej, że Putin sprytnie odnalazł nowy wehikuł własnej popularności na starym kontynencie. Oto stał się obrońcą chrześcijaństwa i tradycji przed „zachodnim gniciem i zepsuciem”. Przychylnym okiem spoglądają zatem na niego wszelkie neokonserwatywne nurty Europy. Lubią go zarówno w Alternative fur Deutschland jak i w ruchu pani Marine Le Pen.

Ruska narracja – wobec zachodnioeuropejskich konserwatystów – jest niezmienna: ta nieszczęsna Polska, bękart Wersalu, łacińska anomalia zjednoczonej słowiańszczyzny, stoi na przeszkodzie w naszej rozkosznej kooperacji. Oczywiście syrenie głosy z Kremla zbiegają się z nową niemiecką „polityką historyczną”, która ma ochotę zrzucić na „mniej wartościowe ludy Europy Środkowej” winę za drugą wojnę światową i wszelkie inne problemy prostacko germanizującej się Europy.

To wiemy. 

Co z tego jednak wynika dla praktycznego zmysłu budowania niepodległej Polski? Ano rzecz oczywista. Polskiej niepodległości nie da się budować ani na podległości Berlinowi, ani Moskwie! Oba te żywioły są po prostu Polsce genetycznie nieprzychylne. Można z nimi grać, można prowadzić interesy, ale nie można im ufać.

Paradoksalnie zauważam, że po epoce Tuska niemiecka agresja gospodarcza, informacyjna i polityczna, stała się w Polsce nie do zniesienia. 
Butne i bezczelne pouczenia, płynące z Berlina, nie tylko obrażają nasz zmysł niepodległości, ale po prostu pokazują prawdziwe oblicze nieukrywanego, germańskiego dążenia do podboju. Z drugiej strony Moskwa oferuje nam jedynie postępującą wasalizację, bez gwarancji, że nie będzie ona realizowana w porozumieniu z Berlinem. Zwykle w historii tak właśnie bywało.

Może zatem kierunek polityki związany ze znalezieniem Polsce patrona w Waszyngtonie jest jedynie możliwy? Szkopuł w tym, że dla Waszyngtonu jesteśmy jedynie trzeciorzędnym pionkiem w globalnej rozgrywce o absolutną dominację i amerykańscy wujkowie są oddaleni o siedem tysięcy oceanicznych kilometrów stąd. Protektorat amerykański daje nam jednak jeden istotny atut.  Dzięki niemu polscy niepodległościowcy mogą trzymać za twarz rozjuszone zastępcy przekupionych przez Berlin i Moskwę stronnictw.

To daje chwilę wytchnienia, którą można spożytkować na poważny namysł nad polskim planem budowy niezależnego państwa. Mamy kilka chwil, aby zacząć realizować spójna politykę niepodległości. Warunki jej rozpoczęcia znane są od lat.  Po pierwsze, ukrócić niemieckich i ruskich zdrajców i sprzedawczyków. 
Ukrócić tak, aby nie podnieśli głów przynajmniej przez kilka najbliższych lat. Po drugie, wbić polskim elitom do głowy, że Polska może pokusić się o prawdziwą niezależność i samostanowienie. 

To jest możliwe, ale będzie trwało przez wiele lat i to przy sprzyjających wiatrach geopolitycznych. Musimy po prostu wychować nowe pokolenie, które będzie o tym myślało bez kompleksów, jak o czymś najzupełniej naturalnym.

Po trzecie, musimy nauczyć się rozmawiać z USA językiem, który będzie nam gwarantował wyrywanie od metropolii coraz poważniejszych koncesji.
Po czwarte, amerykańska metropolia musi zainwestować nad Wisłą tyle dolarów, żeby ich suma przesądziła o tym, że Amerykańcom opłaca się za nie walczyć.
Po piąte, Polska musi się zdecentralizować, tylko kraje kolonialne mają tak skupione w jednym miejscu, w stolicy, wszystkie ośrodki myślenia, zawiadywania i koordynacji. Kraje niepodległe posiadają co najmniej kilka równorzędnych centrów generowania idei.

Po szóste, PiS musi spoważnieć i przestać uczestniczyć w kotłowaniu się w brudnym barłogu – czyli tym czym stała się dziś  tzw „polska polityka”. 
„Polska polityka” stała się bowiem – z punktu widzenia polityki realnej – jakimś nieistotnym artefaktem. Nie ma to żadnych związków z realnymi zapasami o wpływy i interesy, jakie odbywają się w świecie.

Po siódme, musimy wykorzystać wyjątkową pozycję na kontynencie jaką właśnie – w większej części na skutek szczęśliwego zrządzenia losu i historii -  osiągnęła Polska dzisiejsza. Jesteśmy bezpiecznym, pozbawionym muzułmańskich problemów, krajem. I tak musi pozostać. To nasz niezaprzeczalny atut. Po ósme musimy ocalić wszystko to, co wyróżnia nas spośród innych narodów. 

Na zdrowy rozum przecież tylko to przesądza o fakcie, że Polska istnieje i jest komuś potrzebna. Nikomu nie są potrzebni Polacy zhomogenizowani na „Europejczyków”. Jasne?

Po dziewiąte, musimy wreszcie, i to za wszelką cenę, coś zacząć samodzielnie produkować! Po dziesiąte, nie możemy pozwolić Niemcom na przejęcie polskich zasobów naturalnych – szczególnie węgla i miedzi. Jeśli nas z tego wydziedziczą Polska przestanie istnieć.

Paniali, capito, verstehen, do you understand……? 

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook