Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Opowieść Wigilijna

23.12.2015

Częśc pierwsza

Nie będę ukrywał, że truteń ze mnie i leń. Truteń ze mnie, nie ma co udawać...

 Należę przeto do ostatniej, piątej kategorii pracowników winnicy.  Już za młodu wolałem wałkonić się po obłoczkach i popijać ambrozję, niźli rzetelnie kształcić się w naszym, niełatwym przecie, rzemiośle. Długo też nie wysyłano mnie na żadne poważniejsze misje. Ot, czasem poleciałem stworzyć malutką wizję trzeciego rzędu jakiemuś niedobremu ojcu, albo poważnie, z zastosowaniem dusznych oparów z najpowszechniejszego u nas sadu, nastraszyć jakiegoś wójta, który podkradał swoim krajanom fundusze. To łatwizna i radzą sobie z nią u nas nawet przedszkolne, nieopierzone jeszcze „kurczaki”. 

Czasem kazali mi przygotować jakieś natchnienie dla wiejskiego proboszcza przed mniej ważną sumą, ale ogólnie nie parałem się większymi sprawami i zastępowy nie bardzo mi dowierzał.

Pewnego razu jednak Pan wędrował sobie przez winnicę i kręcił sumiastego wąsa. Naraz dojrzał mnie… jak sobie słodko pochrapywałem,  zwinięty w kłębek i przykryty liściem niebieskogrona. Pewnie by mnie nie dojrzał, ale niestety mojemu pochrapywaniu towarzyszył donośny odgłos fermentowania w  mych trzewiach zbyt dużej ilości soku z niebieskogron.

- A cóż to za rozkoszniaczek tam się mi ukrył – zagrzmiał Nauczyciel.

- Przejściowo mamy pewne trudności wychowawcze wynikające ze zbyt dużych obciążeń jakie nakłada na nas Święty Plan Centralny – usiłował sumitować się nasz zastępowy, ale Pan przerwał mu z serdecznym uśmiechem.

- Oj pierniczejecie mi tu gołąbki i urzędniczejecie, a ja tylko pytam, dlaczego ukrywacie mi tu takiego grubiutkiego nieboraka?

- No, właśnie i jeszcze ten utrudniony dostęp do niebieskosiłowni…- zastępowy ugryzł się w język.

- No chodźże mi tu nieboraku – Pan pogładził mnie po zaspanych loczkach.

- Melduje się druh piątego rzędu..-

- Wiem, wiem – Pan popatrzył mi wymownie w oczy.

- Wyszukałem cię truteńku milutki, bom ci znalazł zadanie. Niezbyt trudne, ale za to dosyć inspirujące. Dorośniesz przy nim i później weźmiemy cię do dywizji werbunkowej. Taki drapichrust, byle doświadczony, lepiej trafi do myślenia wielu niż te nasze pobożne kujony. Jak tylko mi wrócisz z zadania, to razem z opiekunem pana Drdy, będziecie kierować referatem Słowian  Centralnych i Południowych.

- Ale czy podołam? – wypsnęło mi się nieopatrznie.

Pan poczochrał brodę i popatrzył w przestrzeń.

Nic więcej mi już, w czasie tej niebozorzy, nie rzekł.

Następnego świtoniepokalania przybiegł do mnie zdyszany zastępowy.

- Do Suwałk bracie zasuwasz i to w trymiga!

- Ja nie wiem…

- Spokojnie, tam już czeka na ciebie niebieskoopisanie przypadku, które przyszło do nas z kancelarii słowiańskiej.

- Ale czy dam radę?

- Fruń mi stąd w try…..- zastępowy zmarszczył brwi – No widzisz, znów przez ciebie złamałem przysięgę nie używania brzydkosłów.

Cóż było czynić, pofrunąłem . Na miejscu nasz rezydent poinformował mnie, że rodzina jest zacna – wojskowy i jego ułożona żona. W domu dwóch braci, z tym, że ja miałem się wziąć za tego młodszego, nowonarodzonego. No i całkiem nieźle się zaczęło. Malec nader szybko przyswoił sobie pierwsze modlitwy, ładnie rączki do obrazka składał i ogólnie przyjemny był i nieawanturny.

Do szkoły biegał z ochotą. Codziennie więc słuchałem wieczorem jak zaczynał „Aniele Boży stróżu mój…” i odfajkowywałem kolejny, pracowity – jak na mnie -  okres. Potem senny zaszywałem się w podsuwalskim borze, gdzie wyjątkowo dobrze ułożyłem się w towarzystwie borsuków. Mieliśmy wspólne upodobania, a właściwie jedno – do snu sprawiedliwego i soczystego.

Czasem, jak słońce naszła najciemniejsza chmura – przyznaje – pogrywaliśmy w zechcyka i podpajaliśmy się fermentem z jarzębinowego soku

Niestety Pan wiedział po co posyła mnie na tą sielską litewsko – polską prowincję. Wybuchła wojna i spokojne dni mojego chłopczyka odeszły w niebyt. W czasie wojny skubaniec nie dał mi pospać. Musiałem murem przy nim stać, prać  po łbie moralnymi wątpliwościami po tym jak dobywał z tej swojej niespokojnej głowy pomysły szkaradne i zohydzać mu w duszyczce co bardziej cwaniackie zamierzenia. Ogólnie sporo się namęczyłem, ale wyszliśmy z tego z jakim takim duchowym takieluinkiem .

Najgorsze czaiło się niestety w tym co nadeszło po wojnie. Harmider wtedy wybuchł taki, ze sam – chwilami – miałem kłopoty, aby jako tako się w tym wszystkim połapać. Mój młodzieniec nie wyrósł co prawda zbyt wysoko, ale stężał w sobie, spojrzeniem toczył wokół zuchwałym. I rozwinął w sobie zmysł, którego dalibóg nie dopilnowałem – węch sobie jucha wyrobił. I to jak wyrobił. Na odległość wielu miesięcy potrafił wyczuwać dominujące wiatry. Potrafił tak sprytnie stroić się w piórka zmiennych mód ideowych, że uczynił w tego nawet senatorską pozę, na którą nabierała się większość tubylczego niebożeństwa. Żarł ci tedy bezwstydnie ze spiżarni władzy i jeszcze ust nie obtarł jak już właził na co wyższe cokoły i miny marsowe stroił,  pokazywał pospólstwu jak on to cierpi i jak niepokornie rąbie – w komunistycznej dżungli -  swoją drogę do prawdy. Tu wdzięczył się do komunistycznych sekretarzy, a tam cierpiętniczą miną kupował względy łatwowiernej czerni.

Najgorszy jednak, w tym wszystkim, był fakt, że wziął się cholernik za robienie filmów i co okadził ołtarzyk władzy, to mrugał zwodniczo okiem ku rodakom i dawał im do zrozumienia ile to prawdy ocalił działając w warunkach

Najgorsze było dla mnie wtedy spotkanie z Angellusem Laborusem,  prawdziwym, łatwowiernym anielim cielęciem, które onegdaj pilnować miało duszy niejakiego Władzimierza Uljanowa i tak go pilnował, że potem musiał przez kilka niebieskich stajań wysiadywać w pralni Świetego Tomasza, aby wywabić sobie z czoła i spod pachy pięcioramienne gwiazdy i wizerunki sierpa skrzyżowanego z młotem.  Angelus Laborus był potem stawiany, na kursach dla zapóźnionych w rozwoju (stąd go znam), jako przykład bezgranicznej prostoduszności  z durnotą intelektualną połączonych.

- Tacy są najbardziej szkodliwi – grzmiał ku nam święty Innocenty.

- Przez nich to ludzkie popędy kierują żywotem , a ich samych i ich nadprzyrodzone było nie było potencje, ku niskim rozwiązaniom popychają. Strzeżcie się ludzkiego sprytu i własnej wiary w dobro zawarte w ich krótkich żywotach – syczał ku nam nasz kostyczny belfer.

No i ja teraz napotkałem tego przykładowego naszego kłapoucha Angelusa Laborusa, jak stróżował nad niejakim Aleksandrem Fordem. Kiedym go tylko powonieniem zwietrzył, już wiedziałem, że nadchodzą  horacjańskie kłopoty. 

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook