Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Oni wylądowali

23.07.2012

Rzeczywistość bywa złośliwa i psotna, jak nie przymierzając, niekochana kobieta

Kobiety z brodą, kobiety z bicepsami, kretynki występujące na scenie w odzieniu z mięsa, „sztuka” polegająca na preparowaniu zwłok, małżeństwa portek z portkami, parady piwnicznych huncwotów, którzy dawniej ukrywali się w ciemnych rynsztokach, a dziś w słońcu, piszą sztuki teatralne, „tworzą” kulturę i estetykę.

Sama „estetyka”, która sakralizuje rzygowiny na śnieżnobiałym bristolu, a z kpiną odwraca głowę od klasycznych linii i harmonii, to jeszcze nic, ale estetyka w mariażu z ideologią, oj to już poważna, pawlakowo mówiąc, kałabania!

To wszystko sprawia, że z coraz większym dystansem podchodzę do tego, co widzę, czytam i słyszę.

Skoro ktoś chce babrać się w Babilonie, cóż mogę począć. Owszem, powiem mu, że to niedobre i w rezultacie dłonie sobie oparzy, ale jeśli nie usłucha, to przecież nie będę go na siłę wyciągał z oparów postpedalskich wzruszeń (cenzura – proszę nie gumkować, za termin „postpedalstwo” jeszcze nie penalizują, sprawdzałem).

Tym przydługim wstępem zmierzam ku opisaniu całkiem realnej sytuacji, którą przyszło mi obserwować ledwie kilka dni temu.

Miejsce akcji: ulica Krupnicza w Krakowie, kilka metrów od słynnej kamienicy, gdzie rezydowała „Nasza Największa i Najmądrzejsza Poetka”, oraz kilkudziesięciu ubeków udających literatów i taka sama grupa literatów usiłujących się owym ubekom wymknąć.

Ponoć kiedyś, aby zostać członkiem Związku Literatów (nazwą nie nabijam sobie nawet głowy) należało wydać jedną książkę i kilku kolegów. Teraz ponoć nie trzeba już trudzić się wydawaniem książek, wystarczy kablować do „Gazety Wyborczej” i TVN na kolegów.

Stop! nie jest to, mimo wszystko i wakacji wokół, felieton dygresyjny – wracamy więc do akcji.

Krupnicza, niedaleko...no wiecie czego, lokal o nazwie „Dynia”.

Wybudowane sporym nakładem środków podwórko, otoczone – jak na dekonstruktywistów przystało – zaropiałymi od wilgoci i smrodu murami okalających podwórko kamienic.

Śmierdzi kocimi szczynami i gołębim guanem, ale zamówić można frutti di mare i wszystko, co rasowego leminga przyprawić może o bezdotykowy orgazm.

Nie spożyjesz tu brachu zwykłego budyniu tylko panacotty, ciotty i wymiotty. Kocimi... wali, ale w karcie dań barokowo, makaronizmowo i makaronowo. Wszystko, czego kapitan Sowa z Bolkowa może zapragnąć i wytwornie spożyć.

Swoją drogą ciekawe, czy podają mu (Sowie owemu) słomki do napojów? Jest bowiem taka możliwość i odmiana światowców, którzy swobodnie mogą je dobywać z butów.

W środku tego „piękna”, zbudowano mały placyk zabaw dla dzieci.

Piję tedy herbatę czarną i słucham kolegi, który opowiada mi o sytuacji w polskim kościele.

Na placyku kilka szkrabów płci obojga bawi się, sypie sobie piaskiem w oczy, okłada się łopatkami. Słowem idylla i normalka.

Naraz jednak mały chłopczyk wybucha wściekłym płaczem i tnie koleżankę na odlew łopatką w czoło. Matka chłopczyka podbiega, wymierza mu zwyczajowego klapsa i zabiera go ze sobą do stolika.

Wszystkiemu uważnie przypatruje się nowoczesna para. On - długie włosy przefarbowane na marchewkowo i wypielęgnowana bródka a la muszkieter, Ona - męska, wyższa od niego, twarda w rysach.

Ona - piorunuje go wzrokiem. On - zrywa się od stolika i podchodzi do usiłującej opanować malca kobiety. Scenicznym dyszkantem deklamuje:

– Widziałem – przerwa, dla dodania sytuacji patosu – widziałem, jak pani uderzyła dziecko!.

Kobieta kieruje na niego zaskoczone spojrzenie. Malec milknie zaciekawiony.

– Tak. Uderzyła pani dziecko! – Marchewkowiec wycelował w nią oskarżycielsko wyciągnięty palec wskazujący.

– Widziałem wszystko. Nie wiem czy pani zdaje sobie z tego sprawę, ale bicie dzieci jest karalne. Mógłbym na panią złożyć zażalenie. Jest na to ustawa.

Kobiecina ujrzała pewnie, oczami wyobraźni, pluton Środów, Szczuk i Żakowskich kajdankujący ją  i odbierający, z mocy prawa, chłopczyka. Chłopczyk wędruje do Domu poprawnego wychowania imienia Jerzego Urbana.

Wystraszona jęła go przepraszać, pan Marchewka powiódł po obecnych tryumfującym spojrzeniem i belferskim tonem zakończył zwycięski dialog.

– Na przyszłość proszę pamiętać o tym, że bicie dzieci jest zabronione.

On i Ona wrócili do stolika i zagłębili swoje nozdrza w kieliszkach, aby nie uronić aromatów siarą zalatującej NibyRiochy. Pachniało kocimi... gołębimi i siarą. Siarą z ust Belzebuba.

A może po prostu tak mi się to przedstawiło.

Zadumałem się – a więc oni już tu są, oni już wylądowali.

Naiwnie wydawało mi się, że do wygadywania postępackich bredni oddelegowanych jest w Polsce kilka znanych (z telewizora) wyraźnie pokrzywdzonych przez los person – cytowanych już jejmości z wąsami i im podobnych zjawisk pogodowych.

A tu bolesne przebudzenie. Oni już są pomiędzy nami, chodzą obok nas ulicami.

Alien już zdążył się rozmnożyć, wychować potomstwo.

Wieloletnia ofensywa edukacyjna postępaków wydaje swoje kukułcze owoce.

Muszę już kończyć ten roztargniony felietonik, bowiem ktoś mi stuka do drzwi.

Pół biedy jak to dzielnicowy, bo w gruncie rzeczy swój chłop, ale jeśli to marchewkowe alieny? – dzieci Środy urodzone w niedzielę?

Jakby co – przysyłajcie paczki. Bracia Karnowscy znają adres.

 

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook