Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Nie było rozkazu...

15.07.2012

Krzepki uścisk dłoni, śmiałe, uważne wejrzenie - nic się nie zmienił, od czasu kiedy w „Instytucie” robiono mu zdjęcia.

Czekał na mnie w hallu dużego, warszawskiego hotelu. Dobry garnitur, zadowolona mina. Na tej twarzy zdecydowanie nie było widać śladów życia, które wiódł przez kilkadziesiąt lat.

Dziś jest poważnym biznesmenem, załatwia globalne interesy, a jednak sporo pozostało w nim z tamtego żołnierza, bezwzględnego tropiciela ludzi z palestyńskiego „Czarnego Września”.

W mojej książce „Tragarze śmierci” zamieściłem ostatni wywiad w Abu Daudem - ostatnim żyjącym - wówczas, było to kilka lat temu - przywódcą terrorystów z „Czarnego Września”.

To właśnie Daud był jednym z tych, którzy przygotowali zamach na izraelskich sportowców, który wydarzył się w czasie igrzysk olimpijskich w Monachium. Pewnie pamiętacie to wszystko według wersji Stevena Spielberga z jego słynnego filmu „Monachium”. Mniejsza o precyzję, wizja reżysera była ekscytująca

Po napisaniu wywiadu z Abu Daudem, ciągle nie mogłem zrozumieć dlaczego właśnie on przeżył, dlaczego właśnie jemu dane było doczekać starości. Bezczelnie przecież mieszkał przez kilka lat w Ramallach, tuż pod nosem Szin Bet i Amanu.

Rozdział poświęcony Daudowi opatrzyłem tytułem „Krew starego wilka” i zakończyłem profetycznym, jak się później okazało, stwierdzeniem, ze stary wilk dożywa już swoich dni, nie ma zębów, ale nie wyjawił jeszcze wszystkich swoich sekretów.

Abu Daud zmarł pod Damaszkiem, dwa lata po udzielonym nam wywiadzie.

I oto, jak często bywa w moim życiu, kilka lat po spotkaniu ze starym terrorystą podchodzę do człowieka, który stał po drugiej stronie, do żołnierza, który po naradzie w „gabinecie kuchennym” premier Goldy Meier, stał się przywódcą najsłynniejszej akcji odwetowej w dziejach światowych wywiadów - operacji „Wrath of God”.
     
- Juval, dlaczego nie zabiliście Abu Dauda? - niecierpliwie zapytałem, zaraz po tym jak starszy pan przewertował moją książkę.

- Nie było rozkazu.

- Jak to nie było, a narada w kuchni pani premier?

 - Myśl Witold, myśl - uśmiechnął się zdawkowo.

Tyle, to ja już o wywiadach wiem - skoro nie było rozkazu, to znaczy, że Daud w pewnej chwili stał się dla Mosadu przydatny.

Izraelczycy zmienili zdanie dopiero po tym, jak dzięki wtykom w polskiej SB, dowiedzieli się o roli Abu Dauda w przygotowaniach do zamachu na prezydenta Egiptu Anwara Sadata - wtedy podjęli próbę zabicia go w warszawskiej 'Victorii”.

Nie udało się i w październiku 1981 roku Sadat zginął przeszyty kilkoma seriami pocisków wystrzelonych z zakupionych w Radomiu AK - 47. Strzelali szkoleni w Polsce zamachowcy z ...Bractwa Muzułmańskiego

Mosad nie zdołał uratować Sadata, choć w sierpniu 1981 roku w ciało Dauda trafiło pięć kul wystrzelonych przez zamachowca.

- Juval, to mi przypomina historię, o której opowiadał mi pułkownik C. były wysoki oficer francuskiego wywiadu DST. Oni także mieli w Damaszku „Carlosa”, mieli go na wyciągnięcie ręki, snajper mógł go trafić w oko i....nie było rozkazu.

Starszy pan znów uprzejmie się uśmiechnął, wyglądał jakby nad czymś intensywnie się zastanawiał. Naraz szybko spojrzał mi w oczy.

- Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej, twoja książka byłaby pełniejsza.

Z trudem powstrzymałem cisnące mi się na usta pytania, moja mina musiała jednak wyrażać wystarczająco dużo, bowiem po chwili usłyszałem zupełnie nową, nieznaną mi dotąd historię.

- Słyszałeś o „safe house'ach”?

Milcząco pokiwałem głową.

- Po tym jak zabiliśmy jednego z arabskich przywódców w Paryżu, na kilka tygodni musiałem ukryć się w takim właśnie „safe house”. Tam, jak wiesz, dostałem pieniądze, jedzenie i schronienie, w tym czasie w domu przebywał jeszcze jeden człowiek. Przez tydzień grałem z nim w szachy i popijałem whisky. Był mocno spłoszony, wiedział, że wszędzie go szukają. Był Wenezuelczykiem...

- I nic nie zrobiłeś mając w ręku „Carlosa”?! - wypaliłem.

- Nic nie mogłem zrobić, takie są reguły. Kiedyś opowiem ci o zasadach „safe house”, wtedy napiszesz ciekawy artykuł Jeszcze dzień po opuszczeniu przez niego „domu” nie mogłem podjąć żadnych działań, potem zadzwoniłem do „Instytutu” i zapytałem co dalej. Nie było na niego zlecenia.

- Nie było rozkazu?

- Nie było rozkazu?

- Rozumiem - pokiwałem głową.

- A jaka „legendę” miałeś w tym paryskim domu?

- Byłem tam jako członek grupy... Baader - Meinhof.

Zjedliśmy smaczny obiad, opowiedziałem mu trochę o „polskich bierkach”. Kiedy się żegnaliśmy, ujął moje ramię i spokojnym, cichym głosem wypowiedział zdanie, które było puentą naszego spotkania.

Ty nie zwariowałeś Witold, ty po prostu zbyt dużo jak na Smitha i Kowalskiego wiesz. Musisz jednak zrozumieć logikę tego co wiesz. Żyjesz w niebezpiecznym kraju i niewiele ci pomogę, gdy napytasz sobie biedy. Niewiele Witold, niewiele.

- Niewiele - mruknąłem markotnie

- Niewiele, to zawsze coś - przyjaźnie uścisnąłem rękę człowieka, który dotychczas był mieszkańcem mojej wyobraźni.

- Będzie dobrze, dopóki ...nie będzie rozkazu. A nawet jak będzie, to i tak będzie dobrze.

Witold Gadowski

Facebook