Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Lubię tych nierozsądnych górali

28.07.2015

Lubię Kurdów, bo są jak Polacy. Szybkopalni, niestali, łatwo dający się porwać i łatwo też gasnący.

Zawsze miałem sentyment do Kurdów, działo się tak najpierw za sprawą mojej kresowej i przedwojennej babci Kazimiery z Hołyńskich Gadowskiej, która wrzepiła w dłonie dziesięciolatka pasjonującą książkę Ferdynanda Ossendowskiego „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, gdzie była wzmianka o tajemniczym Kurdystanie, potem poprawiłem Karolem Mayem „Przez dziki Kurdystan” i na podwórku – po raz pierwszy stałem się ekspertem od tajemniczych Kurdów. Czego nie wiedziałem, to sobie barwnie zmyśliłem i tym sposobem nieustannie oblegał mnie tłumek spragnionych egzotycznej wiedzy kolegów. 

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że May prawie nie ruszał się z domu, mój ulubiony Alfred Szklarski był autorem półpornograficznych opowiadanek w okupacyjnych gadzinówkach, a ojciec „Pana Samochodzika” Zbigniew Nienacki  był ormowcem i pewnie półesbekiem. Z mistrzów mojego dzieciństwa ocaleli jedynie  Ossendowski właśnie i niezmordowany, acz w moim przekonaniu kompletnie niedoceniony Edmund Niziurski. Do Kurdów wróciłem po latach. Ponownie zaintrygowała mnie ta dzielna nacja, która w każdym pokoleniu toczy śmiertelne boje o przetrwanie.

Kurdowie są dziś największym chyba narodem pozbawionym własnego państwa. Indoeuropejczycy, w manierach, obyczajach i higienie kompletnie różni od Arabów. Kiedyś Zaratustrianie, potem chrześcijanie, ulegli jednak arabskiej presji i dziś – w większości – są sunnitami. Islam Kurdów jest jednak tolerancyjny i łagodny, jakże inny od ich arabskich sąsiadów. Wśród Kurdów swobodnie przetrwali  jazydzi i chrześcijanie.

Imperium Ottomańskie używało ich podobnie jak carat kozaków. Bitni, niedużego wzrostu, wytrwali górale stanowili najbardziej groźne oddziały tureckiej armii, stąd też niestety wzięła się niemiła rola Kurdów przy masakrze Ormian. Kurdowie rozsiani są dziś po terytorium Turcji (największa, ponad dwudziestomilionowa diaspora),  Iraku (ponad osiem milionów), Syrii (trzy miliony) oraz Iranu (dwa i pól miliona). Są też w Armenii, Azerbejdżanie i na Kaukazie. Duża kurdyjska emigracja zamieszkuje Europę Zachodnią i Amerykę Północną.

Lubię Kurdów, bo są jak Polacy. Szybkopalni, niestali, łatwo dający się porwać i łatwo też gasnący. Z reguły są jednak bardzo honorowi i gościnni. Lubią jak inni dobrze o nich mówią, bardzo im zależy na dobrej opinii w świecie.  Mój kurdyjski druh Farhang, który na co dzień jest naukowcem na SalahadinUniversity w Erbilu, wyliczył nawet, że w języku polskim i kurdyjskim (nie wiem tylko czy w narzeczu sorani czy kurmandzi) jest dwieście dwadzieścia słów tak samo brzmiących i znaczących to samo.

Farhang wie, co mówi operuje bowiem językiem polskim nieomal jak rodowity Krakus. Niedługo zresztą zjawi się w Krakowie i będziemy mogli pogłębiać nasze leksykalne badania. Kurdowie fascynują się historią naszej partyzantki i walki zbrojnej w czasie drugiej wojny światowej. Idolem jest dla nich Lech Wałęsa – tu nie wyprowadzam ich z błędu, bowiem niechże już i tak będzie. „Bolka” możemy okładać tu w kraju, ale za granicą jest on symbolem naszej wspólnej (mojej też, więc pisze to bez kompleksu) walki z komunizmem i tęsknoty za wolnością. A Kurdowie niczego bardziej nie pragną i nie lubią jak właśnie takiej swobody, tańca w górach, śpiewu.

Nie są zaczepni, ale nie daj Boże z nimi zadrzeć, nie ustąpią o piędź, będą się tłuc do ostatniego trzymającego się na nogach członka plemienia. Ich zapał do walki jest jednak zdrowy, naturalny, tak pojmują swoje męskie obowiązki. Cenią odwagę i umiejętność dobrej zabawy. Nie przejawiają tendencji do upajania się okrucieństwem. Bardzo przypominają jednak polskich szlachiurów z najgorszych pamfletów. Każdy ma racje lepsiejszą, ważniejszą. Dobrze, ze uznają chociaż podległość plemienną i zaraz po urodzeniu ustawiają się w pocztach swoich przywódców.

Tradycyjnie więc naparzają się zwolennicy Barzanich ze zwolennikami Talabanich. Z wszystkimi posważona jest kurdyjska partyzantka marksistowska, której ojcem jest Abdullach „Apo” Ozallan. Jednak nawet w łonie ozallanowskiej KPK są trzy frakcje: wierna politykom z parlamentu, druga posłuszna wskazówkom przesyłanym z tureckiego więzienia przez samego Ozallana i trzecia podporządkowana górskim komendantom YPG i YPJ.

Do tego jeszcze partyzanci PKK z terenów irańskiego pogranicza czasem ostrzeliwują się z tymi którzy przybywają z głebi Iraku. Kurdowie wieli wiele niepodległych księstewek, co kilkanaście lat zrywali się do wielkich niepodległościowych powstań. Zdradzali ich Francuzi, Anglicy, Turcy, Amerykanie, a nawet – a może przede wszystkim – sowieci.

Dziś Kurdowie jako jedyni dzielnie biją się z islamistami z ISIS na lądzie. Ich front rozciąga się od północnej Syrii (w kurdyjskiej nomenklaturze zwanej Rojava), poprzez cały iracki Kurdystan, aż do  pierwszych miast sunnickiej prowincji Anbar (Kirkuk, Tikrit). Walczą dzielnie, ponoszą krwawe ofiary. W obliczu wspólnego zagrożenia, ramie w ramię, stanęli obok siebie marksiści z YPG i YPJ oraz Peshmergowie podlegli prezydentowi Masudowi Barzaniemu. W czasach pokoju YaPaGowcy zwą Peshmergów „faszystami”, ale w obronie Kobane i innych kurdyjskich miast biją się ofiarnie razem przeciwko wspólnemu wrogowi. W tym także przypominają nas – Polaków.

Lubię Kurdów, być może też dlatego, że sam  wywodzę się z gór i rozumiem czasem ten błysk jaki pojawia się w ich spojrzeniach.

Nie wiem czy potrafiłem Wam to wszystko klarownie wytłumaczyć...


Słowa kluczowe:

Kurdowie

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook