Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Kto i dlaczego ginie

28.06.2012

Ot, jak mawiał mistrz Krzysztof Kąkolewski, generałowie giną w czasie pokoju

Na śmierć generała Petelickiego spoglądam bez większych emocji, drażni mnie nawet egzaltacja niektórych prawicowców wykrzykujących: że oto zginął patriota i „nasz generał”.

Petelicki był człowiekiem głęboko uwikłanym w mechanizmy rządzące postkolonialną III RP, na pewno nie był jej sumieniem i na pewno maczał palce w niejednej mało przejrzystej transakcji.

Zaraz po jego śmierci napisałem felieton pt „Sylogizm spiskowy”, w którym przedstawiłem swój pogląd na sprawę – oto na naszych oczach imperium czyści sobie przedpole do rozpoczęcia zmasowanej ofensywy politycznej. W tym celu, dla zasady, pozbywa się swoich byłych agentów, agentów przewerbowanych przez wroga (wrogiem w tym wypadku są oczywiście Stany Zjednoczone).

„Legendy” służb specjalnych – ludzie tacy jak Petelicki czy Czempinski, w innej głębokości - Zacharski, Jasik i ich kamraci – to w rzeczywistości jedynie przewerbowani agenci.

Jeśli pana generała Sławomira Petelickiego spotkało coś złego, to oznacza to jedynie tyle, że macierzyste służby wysłały całemu środowisku jednoznacznie brzmiący telegram: „Albo będziecie siedzieć cicho jak myszy pod miotłą, albo będziecie kłamać i rozpowszechniać nasze dezinformacje, jak Gordijewski czy Kuziczkin, albo też niespodziewanie strzelicie sobie w skroń!”.

Podobnej treści telegramem, wysłanym przez putinistów, było przecież w istocie zabójstwo pułkownika Aleksandra Litwinienki.

W PRL nie mieliśmy zbyt dobrych szpiegów, akcje naszych komunistycznych służb przebiegały gdzieś na obrzeżach imperium (za wyjątkiem sprawy zamachu na papieża Jana Pawła II, ale o tym napisze przy innej okazji), więc po zmianie systemu nie było za bardzo czym handlować z Amerykanami, stąd też żaden z naszych gierojów nie zrobił takiej kariery jak choćby szef enerdowskiego wywiadu Markus Wolf.

Nie piszę tego wszystkiego po to, aby na siłę ocierać łzy z policzków płaczących po generale Petelickim jedynie słusznych patriotek. Chcę jedynie abyśmy jako tako trzymali się jednak w realiach III RP i jej architektów.

Warto zwrócić uwagę na inny sposób ucieczki spod lufy krążącego wśród bezpieczniaków samobójcy. Oto sławetny pułkownik Aleksander Makowski, przyjaciel Petelickiego jeszcze z okresu ich wspólnego szpiegowania dla Sowietów w Nowym Jorku, naraz wydaje wielce odkrywcze memuary skromnie zatytułowane: „Tropiąc Bin Ladena. W afgańskiej matni 1997 – 2007”. Z książki pana Makowskiego wynika ni mniej ni więcej tylko taki oto komunikat -  gdyby głupi Amerykanie bardziej słuchali przenikliwego pana pułkownika (jednego z dwóch negatywnie zweryfikowanych oficerów komunistycznego wywiadu), to nie doszłoby do tragedii World Trade Center, a Bin Laden, przynajmniej od 2000 roku, siedziałby w amerykańskim więzieniu.

Krótko mówiąc gdyby CIA słuchała pana pułkownika i jego niesłychanie dobrze poinformowanych źródeł w Afganistanie – to amerykańscy agenci, z dziecinną łatwością ujęliby przywódcę Al Kaidy.

Pułkownik Makowski sprytnie nie wyjaśnia jaką do końca rolę pełnił w czasie wspólnych z Rudolfem Skowrońskim wyjazdów do Afganistanu, obficie opisuje jednak swoją „przyjaźń” z legendarnym dowódcą Sojuszu Północnego Masudem i inne afgańskie przygody.

Makowski mimochodem potwierdza przy tym wersję przedstawioną nam przez nieboszczyka Andrzeja Leppera mówiącą o wizytach afgańskich mudżachedinów w Klewkach.
Pułkownik Makowski właśnie wysłał komuś sygnał, ze trochę wie, ale to trochę nie jest w żaden sposób niebezpieczne dla imperium – książka jest więc swoista polisą, ucieczką do przodu – wyszła dosłownie na kilka dni przed „samobójstwem” generała Petelickiego. To swoisty majstersztyk niedopowiedzenia, bowiem przez ponad czterysta stron opowieści pana Makowskiego nie dowiadujemy się czy przebywał w Afganistanie na zlecenie Amerykanów, czy też tylko ex post przypisał sobie taką misję.

Dziełem pana Makowskiego zachwyca się znawczyni świata tajnych służb (przy mężu pewnie i w bufecie „Jaszczurów”), przenikliwa analityczka i umysł na miarę hrabiny Skarbek, urodziwa heroina salonów – Janina Paradowska, która gorąco rekomenduje rzecz pułkownika Makowskiego masowemu czytelnikowi.

Pani Paradowska w ogóle ma predylekcję do bycia lepiej poinformowaną, o popijawie Michnika z Rywinem też wiedziała, jak się okazało, znacznie wcześniej niż wszyscy inni.

Chwilę po „samobójstwie” Petelickiego niesłychany potok wypowiedzi polał się z ust generała Czempińskiego, natychmiast poinformował publiczność, że wie o wiele więcej niż Petelicki (a więc „samobójco” uważaj), że był już raz zatruty z niewiadomych mu powodów i przez niewiadomych sprawców i, że może potwierdzić wersję o samobójstwie, jeśli tylko będzie miał święty spokój.

W ciszy „zmarli” za to pułkownik Tobiasz, Marian Cypel i kilku innych bezpieczniaków.

Jakaś więc ołowiana zaraza krąży po szeregach rozpanoszonych w gospodarce oficerów. Widzimy jak na naszych oczach rzedną im miny.

Zapomnieli pewnie już o tym jaką drogą odeszli z tego świata generałowie Fonkowicz i Jaroszewicz. We wschodnim imperium nagłe sztywnienie generałów nie jest niczym nadzwyczajnym, ani też zasługującym na to, abyśmy my, zwykli obywatele, naraz zbyt mocno angażowali się w przejawy uczty kanibali, jaką czasem, w głębinach oceanu, urządzają sobie niewielkie rekinki.

Trochę krwi wypływa na powierzchnię, ale czy to może psuć nam widok na brzeg i rozkosznie grzejące słońce?

Nasze zapasy zaczną się dopiero wtedy gdy wędką szarpnie marlin.

Od czasu do czasu urządzam sobie zabawę w wiem, ale nie powiem.

Nielubianego przez innych oficerów generała Piotra Jaroszewicza załatwili nie „Niuniek”, „Krzaczek” i „Faszysta” tylko ludzie dalece bardziej wykwalifikowani.

Dlaczego? Po prostu nie należy zbytnio szperać w korzeniach własnej rodziny, a jeśli już wykrywa się wśród najbliższych aktywnych ruskich agentów, to należy język trzymać za zębami.

O tej sprawie jednak więcej przeczytacie w mojej najnowszej książce pt „Wieża komunistów”, która według zapowiedzi wydawnictwa, ukaże się we wrześniu.
Ot, jak mawiał mistrz Krzysztof Kąkolewski, generałowie giną w czasie pokoju.

W czasie tego pokoju zginęło ich już więcej niż podczas II wojny światowej – przypadkowo w większości byli to generałowie NATO lub przewerbowani agenci.

Ot przypadek.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook