Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Kronika zapowiedzianej śmierci

24.06.2012

W czasie, gdy w Polsce planowano wprowadzenie stanu wojennego Gabriel Garcia Marquez pisał ostatnie słowa swojej „Kroniki zapowiedzianej śmierci”.

Koincydencja przypadkowa, jednak fabuła powieści Marqueza przypadkowa już nie jest. Od początku lektury wiemy, że bracia Vicario zabiją Santiago Nasara.

Jak badacze motyli przypatrujemy się z bliska niewielkiej społeczności, w której nastąpi nieuchronne zabójstwo. Wchłaniając aromat książki, zanurzając się w jej stronice, od początku czujemy, że nikt nic nie zrobi.

Wszyscy wiedzą, ale nikt nie przeszkodzi zabójcom....

Kiedy w Polsce giną, z powodu nagłego przypływu pasji samobójczej, kolejni ludzie, którzy znali tajemnice buduaru władzy, kiedy kolejni Santiago Nasarowie przebijani są nożami, ćwiartowani na kostki, uciskani wisielczymi powrozami i rozszczelniani nagłymi wlotami ołowiu w czaszkę, ciągle zadaje sobie to samo pytanie:

– Kim są bracia Vicario?

– Jakie winy skracają życie kolejnym spontanicznym samobójcom?

O ile na temat „win” mógłbym już napisać skrócony traktat socjologiczny (na szczęście lepiej ode mnie robi to profesor Andrzej Zybertowicz), o tyle ze wskazaniem braci Vicario jest już większa bieda.

No bo kto? Rozpite i rozłajdaczone wyrzutki z WSI, może demonizowany przez młodych dziennikarzy i niektórych „analityków” generał Dukaczewski? Byli esbecy, postkomusze cyngle?

Nie, to nie wytrzymuje poważnej analizy. Te tchórzliwe pijaczki mogą najwyżej sami sobie krzywdę wyrządzić.

Już widzę brzuchatego generała S. skradającego się, jak Leon Zawodowiec po gzymsie, aby dopaść pana Petelickiego. W trzęsącej się w alkoholowym tremorze łapce generał S. dzierży nagana. Jeszcze krok, jeszcze pół, już framuga ...i naraz prask. Na chodniku pod kamienicą wyrasta śmierdząca plama.  Jak rozgnieciecie się pluskwę, to wokół unosi się podobny fetor.

Zacznijmy zatem od początku: Kim jest polski Santiago Nasar?

Zwykle to mężczyzna w średnim wieku, z lekką tendencja do tycia, w przeszłości pełniący jakieś eksponowane funkcje. Człowiek ten sporo widział, wiele przemyślał i podjął w życiu kilka ważnych decyzji. Nie sypia zbyt dobrze i co gorsza wie jaki jest powód tej bezsenności.

Kilka dni temu zjawił się u niego dawny kolega i konspiracyjnie przykładając palec do ust, zaprosił go na długi spacer. Przybysz, w czasie nerwowej rozmowy, wielokrotnie powoływał się na mitycznych „Onych”, podkreślał łączące ich więzy dawnej przyjaźni, ale zaraz dodawał: „wiesz jacy Oni są, z nimi nie ma żartów, jak się nie ma buzi na kłódkę, to potem kończysz jak Lepper, najpierw obśmieją cię za Klewki, a potem powiesisz się w biały dzień w swoim własnym biurze. Wiesz, widziałeś ten film, jak oni tego pułkownika wiozą do hutniczego pieca...'

Nasz Santiago nie do końca wierzy w zapowiedź braci Vicario, jaką przyniósł mu dawny znajomy, przecież po tej stronie Bugu takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i sensacyjnych gazetach.

Santiago ma co prawda sporo do stracenia, ale trochę już zaczyna się nudzić, brakuje mu dawnej adrenaliny, czasami myśli także o Polsce, wpada w górnolotne nastroje, często krew go zalewa, gdy widzi jak miliard złotych wydany na Stadion Narodowy trafił, w większości, do kieszeni dawnych kolegów, a teraz on musi wstydzić się, gdy w czasie ćwierćfinałów Mistrzostw Europy, narodowe boisko przypomina wiejskie klepisko, z którego co i rusz, pod butami piłkarzy, odrywają się wielkie płaty trawy.

Nasz Santiago nie bardzo wierzy w swoja zapowiedzianą śmierć.

 Owszem, odwiedza konowałów (jak ich nazywano w jego dawnym otoczeniu), ale nic niepokojącego z tych wizyt nie wynika. Jakaś tam mała nadkwasota, trochę cholesterolu, psycha w normie – zwykłe rzeczy w jego wieku.

Można powiedzieć, ze Santiago jest sybarytą , lubi wygodne samochody, ogród, hamak, dobre trunki, pluska się w basenie, trochę ćwiczy na siłowni.

Ten sybarytyzm trochę go jednak gubi, Santiago nie lubi bowiem, gdy przeszkadza mu jakaś myśl, gdy czuje wyrzuty sumienia.

Trochę z megalomanii, trochę z chęci powrotu do akcji, do młodych lat, udziela kilku wywiadów, beszta rozpitych kolegów w czasie jakiegoś polowania.

Wśród pijackich bełkotów ktoś szeptem przekazuje mu kolejne ostrzeżenie.

Ale, kogo on ma się bać? Tych nieudaczników, tych rozpitych karierowiczów?

Nie docenia jednak rzeczywistości, gubi go wygodne rozleniwienie.

Bracia Vicario nie mówią po polsku, bracia Vicario tylko raz w życiu składają mu wizytę.

Braci Vicario przepełnia smutek, gdy widzą jak na śnieżnobiałą, skórzaną  tapicerkę jeepa z głowy Santiago Nasara sączy się krew, kapie krew, która bezpowrotnie plami tapicerkę.

– Ech żizń – wzdycha jeden z braci Vicario, zakładając na szyję kibicowski szalik.

Na ulicy maszeruje tłum kibiców.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook