Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Jak zjeść media i... nie zwrócić

30.12.2011

Jak zjeść media i... nie zwrócić. / do czytania po 22.00/ Drodzy Państwo, jak coś gównem wzeszło, to fijołkiem nie zwiędnie! Ta przykra obserwacja tyczy się większości działających nad Wisłą mediów tzw „głównego nurtu” (nazwa wybitnie myląca i bałamutna bowiem z tym” nurtem” płyną tylko ochwacone – wyjaśnię to poniżej – ryby).

Jeśli jednak nie potraficie bez tych mediów żyć – bo też i pełnia życia nie polega przecież jedynie na wyrzeczeniach – przygotowałem Państwu krótką receptę postępowania, aby w 2012 roku  być zdrowym na umyśle i niezależnym w duszy

W każdym słowniku termin „niezależność” (dla pewnych kolegów przypomnę - „niezawisimost”) skojarzony jest z pojęciami: „samodzielność”, „niepodległość”, 'wolność”, „autonomia”, „swoboda”.

Na użytek tego felietoniku sprowadziłem te terminy z wysokiego diapazonu i stosuję je do zwykłego, często szarego, życia Polaka - „Polaka Szaraka” - jak mawia bodaj Jan Pietrzak.

Pytanie: jak pozostać niezależnym, zachować zdrowy rozsądek i nie dać się wtarabanić w jedną lub drugą nagonkę?, stawia mi często wielu moich rozmówców – wyjaśniając jednocześnie, że nie mają zamiaru salwować się ucieczką przed medialną opresją (życie bez gazet, radia i tv).

Jak więc zachować zdrowe myślenie i nie ulegać emocjom będąc ciągle konsumentem działających na polskim rynku (taka definicja jest zdecydowanie bardziej bliska prawdy, niż pisanie po prostu – polskich) środków masowego (w PRL wyraz ten wymownie zniekształcano na: „musowego”) przekazu?

Nie będę bufonował, że znalazłem w tej dziedzinie 'kamień filozoficzny”, ot po prostu podzielę się z Państwem tym, co dyktuje mi moje doświadczenie i ciągle zdrowy (jak optymistycznie mniemam) rozsądek.

Unikajcie zatem „wyrobów” drastycznie odbiegających od, liberalnej nawet, normy przyzwoitości. Jeśli zatem traficie na coś co nazwano „Fakty”, autorstwa pana Durczoka, to przypomnijcie sobie kilka podstawowych prawd w rodzaju: „A, to pierwsza litera alfabetu, ziemia jest okrągła, a Jaruzelski był jednak dyktatorem z nadania Moskwy...można także przypomnieć sobie gdzie jesteśmy i jakich mamy sąsiadów.

Nie dziwcie się zatem, że biorąc spore pieniądze, cała zgraja ludzi trudni się tam szczególnego rodzaju sutenerstwem – sutenerstwem, stręczeniem pojęć.

Jeśli bowiem ktoś odrywa pojęcia od ich właściwego znaczenia i używa ich do nadawania znaczenia czemuś diametralnie przeciwnemu (fachowcy takie działanie nazywają: symulakrum) – mamy do czynienia z czystej wody sutenerstwem, kuplerstwo owo nie jest jednak w III RP karane, a przeciwnie obficie i srebrniczo nagradzane.

Po obejrzeniu „Faktów” warto zatem dla równowagi zerknąć na dziennik w wykonaniu telewizji Trwam. O dziwo, pomimo daleko mniejszych pieniędzy i braku medialnych „gwiazd”, zespół tej telewizji nieźle sobie radzi i codzienne wydanie informacji toruńskiej stacji coraz prawdziwiej oddaje wydarzenia, ich sens i we właściwej kolejności porządkuje fakty (nie „Fakty”).

Tam gdzie propagandowe zaślepienie przysłania widzenie, ujrzeć można bowiem jedynie coraz bardziej skarlałe, choć barokowe w formie, wydania dziennika agitatora z końca lat czterdziestych ubiegłego stulecia.

Odczytywanie serwisów podawanych przez stację ojca Rydzyka, jest daleko łatwiejsze i wystarczy przy tym pamiętać, że zarówno Ojciec Dyrektor jak i otaczający go dziennikarze, mają dość mocno sformatowaną wizję świata i Polski, zatem – nawet nieświadomie – skłonni są do łatwych uogólnień pokazujących w niezbyt miłym świetle tzw „salon”, czyli, mówiąc prościej, lewicowo – postkomuszą czeredę, której niepodległość i Polska jako taka, niezbyt wchodzi w smak i zdecydowanie kłuje w ząbki.

Dla równowagi, aby złapać właściwą miarę rzeczy, polecam serwisy amerykańskiej telewizji FOX NEWS.

Z papierowymi dziennikami rzecz już dużo prostsza wystarczy zestawić wydania „GW” i „Gazety Polskiej Codziennie”, aby wiedzieć o co dziś idzie bijatyka i kto komu pałką dokłada poniżej pasa. Potem proponuję spokojną lekturę „Naszego Dziennika”.

Skoro bowiem z prawdziwym dziennikarstwem rozstaliśmy się już wiele miesięcy temu.

My, jako tzw „opinia publiczna”, musimy odczytywać (dekodować)  informacje tak, jak czynili to nasi rodzice i my, trochę już starsi pensjonariusze domu idiotów o nazwie PRL – wystarczy czytać a rebours, czytać między wierszami, analizować codzienne furie i ich kierunki - aby doskonale wiedzieć kto, gdzie, kiedy i po co, znowu podłożył nowe szczapy pod polskim, bulgoczącycm kociołkiem.

Tygodniki z racji swojego bliźniaczego podobieństwa – w formie, języku i propagandowych kalkach – w swojej masie traktuję jako zbędną makulaturę propagandową zalegająca półki empików jak kiedyś „Kraj Rad” i „Przyjaźń”.

Wystarczy poczytać spokojnego w treści „Gościa Niedzielnego” i tracące niestety werwę, ale ciągle przewyższające ikrą wszystko inne, „Uważam Rze”. Wiadomości smoleńskie płyną z „Gazety Polskiej” oraz z  „Naszego Dziennika” i jak mawiają sąsiedzi – chwatit.

W przeciwnym razie umysł nie pociągnie i się ochwatit.

Przykłady takiego ochwacenia spotykam codziennie, konsumenci tefauenowskich „infoteimentów” ( w oryginale „czieriezwyczajnych priedstawlieni informacyi”) i zadrukowanych stronic „GW”, błyskają coraz bardziej jawnym płomieniem w spojrzeniu – snadź widać, że pod daszkiem aż buzuje, od zmieniających się biegunów i równoleżników, od wykręcanych co chwilę kierunków ataku i wreszcie od całkowitej utraty języka, którym, jako tako dałoby się jeszcze opisać dotykalną rzeczywistość.

Skoro jednak rzeczywistość coraz bardziej ucieka im spod nóg, tym bardziej ona – ta rzeczywistość – zasługuje na wyniosłą pogardę i unieważnienie.

Z lektur doradzam czytanie wszystkiego co „smakosze” z „GW” i TVN (do spółki z pomniejszym chórkiem, o którym jednak nie ma co przy tej okazji wspominać) nazwą: „paranoją”, „ciemniactwem”, „skandalem”, „grafomanią”, „zdziczałym skowytem nienawiści”, „kołtuństwem”, „niegodziwością”, „parafiańszczyzną” i „karalnym chuligaństwem” ….uffff zdyszałem się od tych recytacji... słowem czytajcie wszystko, co nie podoba się modnym pańciom w czerwonych szpilach i ulizanym gogusiom o z ruska okrągłych pyskach, a także ich guru i koryfeuszowi, dawnemu adiutantowi pana Słonimskiego... że też pan Antoni, na moment chociaż,  nie może wstać z wiecznych mar i przylać pysznemu niedoukowi z prawa i z lewa soczystym felietonikiem w swoim stylu!

No, ale do rzeczy – podsumowując nasze dzisiejsze rozważanko, pragnę Szanownemu Państwu donieść, że nie jest źle, a nawet rzekłbym – byczo jest!

Kabaret mamy w większości mediów, tym śmieszniejszy, im bardziej ukoturnowany i nabzdyczony, a informacje i tak wygrzebiemy sobie z kilku niezależnym pism i internetu.

Pamiętajcie, że towarzysz Lenin zwykł mawiać, że: kino jest najważniejszą ze sztuk” - zapomniał dodać, że sztuka w pojmowaniu czerwonych towarzyszy była jedynie orężem, narzędziem do urabiania mas.

Gdyby, miast syfilitycznie zemrzeć, dosapał do czasów powstania telewizji, zapewne miałby „klaskaniem obrzmiałe dłonie”, takiego prezentu zapewne nie spodziewał się od „nieuchronnej konieczności dziejów”, jak zwykł nazywać swój parszywy (w gruncie rzeczy) los.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook