Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Jak się lukratywnie sponiewierać

13.04.2012

Jak każdy „konsument dóbr kultury” (piękna definicja rodem z PRL – u) mam swoich ulubionych aktorów, pisarzy i muzyków.

Człowiek to jednak takie stworzenie, które lubi być konsekwentne w swoich wyborach, jeśli więc ktoś mi się podoba (w sensie ogólniejszym niż podfruwajki na wiosennej ulicy), to gotów jestem przypisać mu przymioty mądrości, piękna, klasy i odwagi w każdej innej dziedzinie niż tylko ta, którą obejmuje jego artystyczna aktywność.

Przykłady: ot choćby Daniel Olbrychski w roli Andrzeja Kmicica, Marek Kondrat w „Smudze cienia” i w kilku innych wcieleniach, Krystyna Janda w „Człowieku z marmuru”.

Za każdym razem, gdy widzę jak lubiani przeze mnie odtwórcy ról rozmieniają się na drobne (przypadek lżejszy), lub trwale kompromitują wygadywaniem najobrzydliwszych głupstw o przeciwnikach karmiącej ich dłoni, odczuwam rodzaj dziecinnego zawodu, rozczarowanie, że oto Olbrychski nie okazał się Kmicicem tylko marniutkim kabotynem.

Prawda o tym, że to co aktorzy mają do powiedzenia, to mówią na scenie, a w życiu pozascenicznym nie można od nich zbyt wiele wymagać, ciągle i boleśnie znajduje swoje nowe potwierdzenia.

Z pisarzami rzecz ma się niestety podobnie – literaci modni, fetowani i rozpanoszeni na salonie, bardziej znani są z tego, że bywają, niż z powodu udanego uprawiania własnej profesji.

Taki na przykład Andrzej Stasiuk upozowany niemal na jakiegoś Półwojaczka, buntownika czystego, nonkonformistę i w ogóle takiego swojego dzikiego, w realnej działalności (tej pozbawionej mitomańskiej kreacji) zachowuje się zawsze tak jakby dokładnie wiedział za co treser nakarmi go łakociami. Z pozoru więc niedźwiedź z niego i groźny zawadiaka, ale tak naprawdę zwierzątko wytresowane i do rytmu tańczące na rozgrzanej blasze.

Gdyby poczytać te jego opowiastki odarte z mitologii dla niedorozwiniętych panien, to ani to do rzeczy, ani tym bardziej świeże, a historyjki z Albanii (trochę czasu tam spędziłem), to już żenujące wypisy z elementarza niezbyt uważnego turysty.

Takich Stasiuków polska „literatura współczesna” ma na pęczki, łasza się i wdzięczą zabiegając o okruchy ze stołu „Nike”.

Swoją droga ciekaw jestem dlaczego środowisko pana Adama Michnika zawłaszczyło sobie właśnie ten antyczny symbol – nie mogło ustanowić nagrody imienia bliskich im ideowo Kona czy Marchlewskiego, w ostateczności mogła to być przecież naga sempiterna pana Nobla lub chociaż Marcjanny Fornalskiej – naród i tak by to kupił jako najwyższej klasy estetykę, a zawodowi cmokacze, w Trzeciej Rzeczpospolitej zwani artystami, ekspertami i myślicielami, natychmiast z rozpaleniem w oczach uzasadniliby to swoimi dysertacjami i świadectwami.

Wywód mówiący o tym, że sempiterna Marcjanny Fornalskiej (niepiśmiennej matki Małgorzaty, autorki przeszło dziewięciuset stronicowych wspomnień wydanych w czasach PRL, którymi katowano dziatwę szkolną) klasą i estetycznym ładunkiem przerasta najlepsze dzieła Rodina, dla pani profesor Magdaleny Środy, pana Kuźniara czy Nałęcza byłby prostszy niż rytualne splunięcie na konterfekt Jarosława Kaczyńskiego.

Mamy więc elitę naukową, kulturalną, artystyczną i cholera wie jaka jeszcze, taką, że ho ho...!
Pech tylko w tym, że póki co nie zablokowano nam jeszcze możliwości czytania w językach obcych, a tam ze świecą szukać (poza lewackimi i panamichnikowo zaprzyjaźnionymi wybrykami) słów uznania dla produktów naszych „elit”.

Salonowe filmy, książki, wiersze i „piosenki” niezmiennie wywalane są na śmietnik światowego życia intelektualnego.

Trudno bowiem głos papugi uwięzionej w ciasnej klatce nazwać czystym trelem skowronka, jak powtarzali antykomunistyczni powstańcy uwięzieni przez bolszewików na zamku w Lublinie (znam to z relacji pana Władysława Szaconia): „z kanarka zamkniętego w złotej klatce nie zrobi się słowika – słowik je rzadko, ale gówna nie zeżre”.

Pochmurnie więc i coraz rzadziej spoglądam na naszych celebrysiów: coraz ładniej wystrojeni, coraz lepiej wyżarci, włoski błyszczące, noski przypudrowane, a jacyś tacy jak przywiędłe rzodkiewki, złochrani, zużyci, sponiewierani....najpierw dają władzy w każdej pozie, a potem wyłażą na scenę i swoimi słowami usiłują podgrywać jakieś znane z klasyki pozy. Jak takiemu później uwierzyć, nawet, gdy przestaje nadawać swoim mózgiem i przełącza się na Czechowa?

Buntownicy bez powodu na sutej pensyjce, Jamesy Deany po trzeciej skrobance bleeee.....
Tym bardziej więc chucham i dmucham w cichości ducha na postaci, które śmierdzący establischment III RP mają w głębokim poważaniu.

Niedługo napisze o pewnej złotej dziewczynie z Krakowa, super sportsmence, która - mimo młodego wieku - klasy i mądrości ma w sobie więcej niż stu mizdrzących się i wywracających kabotyńsko oczami Jerzych Fedorowiczów – to wiceprzewodniczący sejmowej komisji kultury i aktor przesiadujący za czasów PRL – u w gabinetach PZPR – owskich czynowników  (wyjaśnienie dla osób mniej obeznanych z postpeerelowskim grajdołem).

Dziś nie piszę o dziewczynie z Krakowa, bo nie chcę ją upaprać towarzystwem cmokaczy siorbiących frukty salonu III RP, o którym było powyżej.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook