Jedynie prawda jest ciekawa

Jak on nie lubił tej współczesnej pomady...

25.05.2014

Poznałem go, gdy miałem kilkanaście lat. Przeczytałem opowiadanie „Zdarzenie w miasteczku” i już byłem jego.

Czytałem wszystko co wpadło mi w dłonie i sygnowane byłe jego nazwiskiem.

Już wtedy uważałem go za najlepszego polskiego pisarza. Nikt, tak jak on, nie potrafił wciągnąć mnie w małe światki pełnokrwistych ludzi, niepozornych, nieciekawych, takich na których nuworysze, zza szyb swoich lśniących limuzyn, nawet nie spojrzą.

Po 1989 roku, kiedy prostaki i złodzieje zaczęli coraz mocniej mościć się w naszej nowej rzeczywistości, wracałem do jego opowiadań, jak do ożywczego strumienia. A przecież pisał o żulikach, złodziejaszkach, ludziach z przedmieść miast.

Marek pisał o „ludziach nieważnych”, którzy ledwo utrzymywali się na powierzchni życia, ale przecież żyli prawdziwie, poważnie, z namysłem. Pisał o prawdziwych ludziach, którzy tak mocno różnili się od celebrysiów, których niestety musiałem cierpieć wokół siebie przez wiele lat życia. Kiedy miałem już dość tych posranych minek, tego pozowania i śmierdzącej pustoty we łbach, uciekałem do Marka, na karty jego cudownych rzeczy, tam spotykałem realne postaci, takie jakie najbardziej lubię – ludzi osobnych, naturalnie oryginalnych, odważnych i nic nie robiących sobie z wszechogarniajacego smrodu taniego blichtru i papugowania świata.

Kiedy już los zrządził, że poznałem Marka osobiście, z wielka lubością włóczyłem się z nim po arkadach otaczających Plac Konstytucji. Tam wszyscy go znali, przyjemność sprawiało mi słuchanie jego prostych rozmów z handlarzami, miejscowymi smakoszami tanich alkoholi.

Ludzie go uwielbiali, najbardziej,właśnie ci zwykli, niezauważalni z powierzchni, którą omiatają spojrzenia prostaków takich jak Tomasz Lis, Monika Olejnik czy Tomasz Sekielski.

Największą dla mnie przyjemnością stało się przyjeżdżanie, do nielubianej przeze mnie „warsiawki” i spotkania z Markiem – on był dla mnie prawdziwą Warszawą, prawdziwym towarzyszem odkrywającym przede mną nieznane mi wcześniej smaczki stolicy.

Jakimże on był cudownym, subtelnym, nienarzucającym się towarzyszem...

W końcu zebrałem się na odwagę i podarowałem mu swoje pierwsze dwie książki. Uczyniłem to z wielką tremą, jak uczeń pokazujący swojemu nauczycielowi pierwsze własne wyroby.

A on nie tylko, że z wdziękiem prezent przyjął, ale – na następnych spotkaniach – dokładnie opowiedział mi swoje wrażenia z lektury. Byłem tak dumny jakby ktoś przyznał mi najbardziej prestiżowa nagrodę.

Sam wielki Marek Nowakowski, idol mojej czytelniczej młodości, siedział ze mną na „małym kieliszeczku” i opowiadał mi co sądzi o moich książkach!

Bardzo dobrze zapamiętałem każdy fragment naszych spacerów po warszawskiej starówce, rozmowy o pisaniu, polityce, rzeczywistości.

Zawsze był taki sam: prawdziwy, spokojny, zapatrzony gdzieś przed siebie, ale przecież potrafiący jakoś tak naturalnie, bez wysiłku, ująć za serce.

Ceniłem sobie te kontakty z Markiem jak najlepszy intelektualny przysmak.

Moja koleżeńska bezczelność sięgnęła już nawet takiego poziomu, że pewnego dnia zadzwoniłem do niego i zapytałem czy nie napisałby recenzji mojej nowej powieści „Smak wojny”?

Dobrze – usłyszałem w odpowiedzi, z ciekawością poczytam, ale jak mnie to znudzi, albo wyda mi się niedobre, to nie tylko nie napisze, ale solidnie cię ochrzanie, za wciskanie mi słabizny – ostrzegł.

Potem czekałem, z bijącym sercem – jak młody terminator – na jego wyrok.

Pewnego dnia rozmawialiśmy, a on nagle spoważniał i przeszył mnie takim oto stwierdzeniem:

Witku, pamiętaj o tym, że słowo trzeba cenić, trzeba je oszczędzać – zamilkł i po chwili dopowiedział: - bo wiesz, inaczej stajesz się garłaczem, który głuszy ludzi, ale nic im nie mówi.

Hmmm, zasmuciłem się, a więc moja nowa powieść nie wydała mu się interesująca.

Dzień później moje wydawnictwo przesłało mi jego recenzję, nabrałem powietrza w płuca i zacząłem czytać. Napisał:

„Smak wojny to pełna epickiego rozmachu powieść sensacyjna o perypetiach Brennera, dziennikarza i po trosze awanturnika (…) Znawstwo bałkańskich realiów wnikliwe, nagłe zwroty akcji dostarczają silnych emocji. Czyta się z rosnącym zainteresowaniem...”

Uuu, aż sobie usiadłem, a więc mój Mistrz uznał, że to dobre. Natychmiast poprosiłem, aby jego opinia znalazła się na okładce książki. To jedna z najważniejszych nagród, jakie otrzymałem. Markowi „Smak wojny” się spodobał. Potem jeszcze porozmawialiśmy sobie o nowej powieści, umówiliśmy się na „kielicha” i nagle...siadam przed ekranem komputera i czytam, że „kielicha” już nie będzie, koniec, szlus, bo Marek wziął i umarł.

Mam żal do losu, mam żal do siebie, że nie potrafiłem nacieszyć się Markiem bardziej, że zbyt późno go poznałem.

Ale przecież znałem go przez całe życie i nadal będę znał.

Wyszukałem z biblioteczce wszystkie jego tomy i teraz siedzę i jeszcze raz czytam wszystko co Marek napisał, po kolei, niespiesznie.

Sergiusz Piasecki zaglądał mi przez ramię, gdy pisałem „Smak wojny”, Rafał Gan Ganowicz zaraził mnie kiedyś upodobaniem do whisky i osobnego poznawania świata, a Marek Nowakowski opowiedział co dalej, jak Andrzej Brenner ma się znaleźć w dzisiejszym świecie.

Dwie mogiły w angielskim Hastings i na warszawskich Powązkach – dwaj wielcy pisarze, z których tradycji chcę czerpać jak najwięcej. Dwa wolne duchy, dzięki którym wiem jak spoglądać na śmierdzące durnotą i wazeliną salony i na tych zapchlonych ludzików w nienaturalnych perukach i pantalonach, którzy zaludniają dziś ołtarze współczesności.

My mamy inna drogę...

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook