Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Dlaczego Dołęga-Mostowicz przestał mnie śmieszyć

10.02.2013

Nigdy nie podzielałem poglądów Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, jego obsesyjna nienawiść wobec sanacji jest mi zupełnie obca. Nie pochwalam więc także intencji, jakie przyświecały jego literackiej vendettcie.

Dzieje się tak pewnie i dlatego, ze dzieli nas przepaść doświadczeń, także i tych najgorszych, których sanacja mu nie oszczędziła. Gdybym sam został porwany przez żołnierzy i dotkliwie pobity,tak jak przydarzyło się to Panu Tadeuszowi,  także nie darzyłbym sympatią armii, która owych żołnierzy wychowała.

Mniejsza jednak z tym co sądzę o poglądach Dołęgi-Mostowicza – już bowiem widzę drwiące uśmieszki, mówiące o tym, że jak nie mam się do czego odwołać, to przy spirytystycznym stoliku wywołuje autora „Kariery Nikodema Dyzmy”, „Znachora”, „Pamiętnika Pani Hanki” i kilkunastu innych powieści.

Dla porządku przypomnę tylko, że nieszczęsnego Dołęgę-Mostowicza także zabili sowieci.

Przez długi czas  namiętnie zaczytywałem się w „Karierze Nikodema Dyzmy” (w założeniu miał to być zjadliwy pamflet na sanacyjne porządki), czerpałem z tej lektury nie tylko szczery śmiech, ale także mimowolny (wbrew pewnie intencjom autora) podziw dla standardów Drugiej Rzeczpospolitej.

Tak, tak!, przez karty powieści wyziera bowiem ciekawa struktura społeczna, dobre – mimo wszystko – obyczaje i klasa (pomimo wyolbrzymionej fabuły i nagromadzenia paradoksów) ówczesnej elity społecznej.

Co? - myślicie, że całkiem sfiksowałem? Jak można przyjemnie myśleć o typach skarykaturowanych przez Dołęgę-Mostowicza?

Ano można. W normalnym kraju pewnie byłoby to durne, ale w III RP można. Gdybyż biedny Dołęga wiedział jaka postać przybiorą elity w jego kraju na początku dwudziestego pierwszego wieku, to pewnie wyrwałby sobie wszystkie wybrylantynowane włosy.

Tego nie objąłby bowiem nawet najbardziej krytyczny wobec Piłsudskiego i sanacji umysł i nie wyleczyłby profesor Wilczur.

Toż Nikuś Dyzma, frant z Kresów, przy naszej marszałek sejmu, pani prezydent Warszawy, pani ministrze Tse Tse, pardon, Mucha, panu Nowaku, panu Kalembie, panu Schetynie, panu Grasiu, panu premierze Tusku Donaldzie...tu skończę, bo już słyszę jak nieszczęsny Dołęga-Mostowicz zawodzi z zaświatów i straszy, ze spać mi nie da do końca kadencji rządowej koalicji urzędniczo – chłopskiej.

Spać muszę, a tu czort wie ile jeszcze zostało „brukselskim tryumfatorom” do ostatecznego - ze szczętem i smrodem – upadku.

Piszę tedy felietonik, aby ze smutkiem wyznać Wam, że gdy – po raz kolejny – wziąłem się do lektury „Kariery Nikodema Dyzmy”, przestała mnie ona – kariera owa - kompletnie śmieszyć. Przecież Słodki Niko prezentował standardy kultury, które dzisiejszej palikotowo-niesiołowskiej kindersztubie nie są zgoła znane, o dostępności – przez litość – nie mówię.

Niko szarmancki był wobec niewiast, mimo wszystko znał swoje miejsce, trzymał pysk na kłódkę, gdy mądrzejsi mówili, no a poza tym tańczyć potrafił  z wdziękiem i na mandolinie – a owszem – zaiwaniał.

Kiedy dziś patrzę na coraz bardziej zadowolone z siebie oblicze pana ministra Sikorskiego Radosława, to odruchowo rozglądam się za świrniętym „kuzynkiem Żorżem, koleżką z Oksfordu” i widzę, że ten już dawno, ze wstydu, spalił się w najciemniejszym wychodku Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

O zakład idę, że Niko tygodnia by nie wytrzymał w towarzystwie obecnej elity.

Opowieść o Nikodemie Dyzmie, obok wszelkich innych smaczków, jest bowiem także (najpewniej wbrew duszy autora) historią o tym jak cham dojrzewa i na gwałt się dokształca, pod wpływem ówczesnej elity władzy i społeczeństwa.

Dziś najwytworniejszy nawet kawaler, najsubtelniejsza dziewica ze szczętem schamieją i zrynsztokują się już po miesiącu kontaktów z telewizyjno-rządową „elitką”.

Toż nawet Nikosiowa chewra, nawet prostytutka Mańka, przemawiają językiem, który dziś uchodziłby za szczyt poprawności i wykwintu.

Jak widzę te celebryckie bydlęta, te sowio napuszone i czubaszkowato nastroszone indywidua, którym z ust - nieustannie - leje się potok folwarcznych wonności, jak słucham fornala Hołdysa, który słowem „ch...” określa Jarosława Kaczyńskiego, jak widzę okładki tygodnika pana Lisa – to na mdłości mnie zbiera i nawet nie nazwałbym tego dyskretnymi womitacjami a chłopskim jedynie, fizjologicznym i chamskim rzyganiem.

Dziś panie Dołęga Niko byłby arbitrem elegancji i nauczycielem na kursach zachowania w towarzystwie.

Wiem, że teraz poleją mi się na nieogolone policzki kolejne  pańskie łzy z zaświatów czyste jak wódka „Chopin”, ale cóż! Przyjacielem jest mi Plato, ale prawda jeszcze bliższe ma ze mną parantele.

Czytam te Pańskie Nikosia losów opisanie i jakaś taka tęsknota we mnie wzbiera, jakiś taki żal nieutulony jakbym do jakiej Rodziewiczówny się dorwał.

Tak to Panie Dołęga czasy piszą niespodziewane puenty do rzeczy, które my w dobrej wierze i na wkurzeniu serdecznym, w zupełnie innych celach tworzymy.

Posyłam więc Panu, tam w zaświaty, pół literka „Gdańskiej” - może przy kielichu jakoś to moje spanie ułożymy i nie będzie mi Pan się upiorzyć po zamknięciu powiek.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook