Jedynie prawda jest ciekawa

Dajmy na to Godlewski, albo o naturze nijactwa

22.04.2013

W publicznej telewizji, w programie I, umościł sobie wygodne gniazdko Andrzej Godlewski – nie znacie? - właściwie trudno się dziwić, bo do annałów telewizyjnych tuzów zapewne nie trafi.

Ot, partia postawiła go na stanowisku zastępcy dyrektora programu I i on – ku chwale partii i ukochanego przez siebie prezydenta Komorowskiego Bronisława - funkcję swoją sprawuje. Wyspecjalizował się przy tym w robieniu uprzejmych minek, udawaniu krytego zwolennika (prawicy i kościoła, tak na wszelki wypadek, aby zabezpieczyć sobie miękkie tyły). Milutki, mięciutki, niemerytoryczny (bo niby skąd), ale gdzieś tam, w swoim środku, lisek przebiegły, zacieracz śladów i ogólnie kuty na cztery łapki człowieczek.

Odwiedziłem kiedyś pana Godlewskiego i dałem mu do rąk film dokumentalny 'Mitzvah”, który zrealizowałem wspólnie z krakowskim reżyserem Maciejem Grabysą. Andrzej Godlewski miał go obejrzeć i ewentualnie zarekomendować publicznej telewizji do wyemitowania. Pan dyrektor łaskawie ze mną porozmawiał o niczym, łaskawie nautyskiwał jaka to ciężka jest dola dyrektora publicznej telewizji i – ściskając gorliwie dłoń – zapewnił, że film obejrzy i poważnie poinformuje co do jego dalszych losów.

Cała jego postawa nacechowana była znaną mi jeszcze z czasów PRL wonią pod tytułem: „stary ja to bym ci nieba przychylił, ale wiesz ...oni”. Ja nieba od Godlewskiego nie potrzebowałem, chciałem jedynie aby obejrzał film i odpowiedział na propozycję programową, którą złożyłem, mając do TVP takie same prawo jak Godlewski z Braunem i Snopkiewiczem na karku. Tak się bowiem, fatalnie, dla dzisiejszych okupantów Woronicza, składa, że – póki co – telewizja publiczna jest własnościa wszystkich obywateli, a więc także niemile na jej korytarzach widzianego Gadowskiego.

Wkrótce jednak okazało się, że z opisywanym Godlewskim, to ja jedynie wspólną mam pierwsza literę nazwiska. Pan Dyrektor potraktował bowiem moją propozycję tak jakbym przyszedł do niego pożyczyć stówę z jego - ciężkim mozołem wyszambrowanej - pensji.

Zamilkł, schował się i uznał, że „Mitzva” nigdy w jego oczach się nie pojawiła. Zamilkł, bo tak bezpieczniej, bo jak trwa strzelanina w kowbojskim saloonie, to najlepiej udać umarlaka, a potem wstać i wtedy wszyscy zakrzykną – o to jest prawdziwy człowiek „zgody”, z nikim się nie naparzał, nawet z Gadowskim. Tymczasem nasza „Mitzva” została zakupiona przez kanał Planete i doczekała się tam swojej premiery. Trafiła do głównego konkursu na światowym festiwalu w Douha, została zakwalifikowana na festiwal w Monte Carlo oraz na kilka innych międzynarodowych przeglądów twórczości dokumentalnej (mam nadzieję, że teraz wybaczycie mi megalomańsko – tromtadracką inwokację do tego felietonu).

Polska telewizja publiczna, w osobie pana Godlewskiego i Pan raczy wiedzieć kogo jeszcze, uznała film polskich reżyserów traktujący o ważnych i interesujących świat problemach (nielegalny handel ludzkimi organami) za mało ciekawy, a świat – jak widać – ma czelność mieć inna opinię.

Piszę o tym przypadku, aby pokazać Wam jak wielka rolę w naszej dzisiejszości odgrywa nijakość – nijakość jako program robienia życiowej kariery, nijakość jako bezpieczna, mimetyczna, postawa na przyszłość i nijakość jako klucz do grzania się w spokojnym cieple nomenklaturowo rozdawanych posad. Dziś w Polsce wcale nie rządzi PO z przyległościami. Dzisiejszą Polską rządzą Nijacy, nawet nie Kiepscy (bo to jednak jakieś uchwytne właściwości), po prostu Nijacy – ludzie bez właściwości, starannie wyprani z idei, pasji i celów. Wystarczy być, wystarczy trwać na stanowisku, wystarczy schlebiać komu trzeba, aby wygodnie się urządzić.

Jeśli szukacie dziś klucza do zrozumienia tego, że sprawy stoją w miejscu, ze wokół – coraz mocniej – wyczuwa się gnilny aromat, to przypomnijcie sobie ten skromny felietonik.

Nijacy nie są z gruntu źli, nie są też zauważalnie dobrzy, są po prostu przeźroczyści. Nijacy nie sprawiają władzy kłopotów, ba Nijacy, swoją nijakością, tą władzę najdoskonalej wspierają. Cicho, bez eksplozji pomysłów, bez eksponowania głęboko zakonspirowanych talentów, toczą tą naszą rzeczywistość jak żuki. Mają w sobie doskonale wbudowane kompasy wiodące ku spiżarni i cierpliwie zmierzają w jej kierunku.

Czasem jedynie chuligan popsuje im, na moment, słodką drzemkę w fotelu, wzdrygną się z oburzeniem...i znów zapadną z rozkoszne obłoki nijakości. Ich ulubioną potrawą jest budyń i taki świat wokół widzą w swoich marzeniach. W świecie z budyniu trudno bowiem nabić sobie guza.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook