Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Był marsz

07.10.2012

Dwieście tysięcy ludzi zjechało do Warszawy. Przyjechali za swoje pieniądze, nie dospali, zmęczeni stali kilka godzin w ścisku na Placu Trzech Krzyży.

Po co to wszystko było? Przecież nie zrobili żadnej rewolucji, nie aresztowali premiera, nie zdobyli telewizji, nie podpalali samochodów, nie rozbijali wystaw, nie palili opon i nie bili się z policją.

Niczego nie załatwili, wyszydzono ich już następnego dnia, wyśmiano i obrażono na wszelkie możliwe sposoby.

Dwieście tysięcy wyjątkowo zdyscyplinowanych Polaków: nikt nie przeklinał, nie rzucał petardami.

Bezsensowne działanie? Durne? Bezużyteczne? – pusty gest, nie wiadomo właściwie co mający wyrazić?

Ot przyjechali, przemaszerowali trzy kilometry i potulnie rozjechali się do swoich domów.

Skąd więc taka agresja w mediach, takie nagłe wylewanie pomyj na głowy tych spokojnych ludzi, po co to obrzucanie ich epitetami typu : barany, nieudacznicy, frustraci, idioci?

Skąd naraz ten jednobrzmiący chór egzegetów w białoruskim salonie głównych mediów?

Skąd ci przymilni profesorkowie, autorytety bez teki, sumienia Pomiechówka i okolic?

Czyżby czegoś się przestraszyli? A jeśli tak to czego? Szczurzy instynkt podpowiada nadciągające zagrożenie?

Długo zastanawiałem się nad sensem tej wielkiej manifestacji.

Prawdopodobnie żaden z organizatorów sam go nie wymyślił. Jednak tłum to nie tylko le bonowska tłuszcza, prymitywna gawiedź – czasami taka wielka liczba ludzi stwarza coś, czego od razu nie da się zauważyć – nad takim tłumem unosi się bowiem Duch – jeśli chcecie niech to będzie nawet „duch heglowski” – on działa na ludzi i działa na całe kraje.

Skutki działania Ducha nie są widoczne od razu, często mijają miesiące i nawet lata, nim coś namacalnego się stanie.

Zachowując wszelkie proporcje pamiętam tak samo „bezsensowne” zgromadzenia gdy Jan Paweł II celebrował w swojej ojczyźnie msze święte.

Wtedy przecież też nic wielkiego się nie wydarzało, czeluści ziemi nie rozwierały się i nie pochłaniały nagle komunistów.

Ot ludzie tłumnie się schodzili, wypowiadali w przestrzeń jakieś słowa i spokojnie rozchodzili się do domów.

Marsz 29 września, być może nawet wbrew intencji organizatorów, stał się wydarzeniem bez doraźnych konsekwencji. Coś się jednak stało, coś nieuchwytnego, duchowego właściwie. Popatrzyliśmy sobie w twarze i pokiwaliśmy ze zrozumieniem głowami. Tak, to już wiemy – nie będziemy walczyli ich bronią – nie będziemy ścigali się w wyścigu na plugawienie, kłamanie, odzieranie z godności.

W Warszawie stał się bowiem swoisty cud, dwieście tysięcy osób, postaci, jednostek, którym doskwiera rząd, jego media i nawet bezsilność wobec systemowej przemocy, spokojnie zamanifestowało swoja postawę – manifestujący ludzie nie potrzebowali ani kordonów policji, ani wykwalifikowanych służb porządkowych, aby zachować się spokojnie, odpowiedzialnie.

Z tego wielkiego zbiorowiska emanowała godność, jakaś nieokreślona jeszcze siła. To przecież niecodzienne, że w tak wielkim tłumie nie zdarzył się żaden niepoważny incydent, żaden wybryk.

To był marsz ludzi, którzy podnieśli głowy, zrozumieli, że to, co codziennie ich gnębi, jest w gruncie rzeczy zbyt słabe, aby ich pognębić.

Ludzie podnieśli głowy, nie hardo, nie z wściekłością – ot po prostu podnieśli głowy, bo się zobaczyli, bo poczuli wspólnotę, bo podali sobie dłonie.

Widziałem jak przypatrujący się marszowi Warszawiacy z sympatią machali rekami, uśmiechali się, tak się jeszcze nie działo.

Ludzie w spokoju i z godnością upomnieli się o swoje prawa.

Ten marsz przyniesie swoje owoce – nad tym marszem znów załopotały sztandary „Solidarności”, jedynego w świecie katolickiego związku zawodowego. W czasie marszu wystąpił Piotr Duda – człowiek który dojrzał do roli prawdziwego przywódcy. To fakty.

Poczekajmy jednak na prawdziwe efekty tego marszu.

One nadejdą i bardziej to czuje niż wiem.

Ten marsz zmienił jego uczestników, zmieni pewnie ich otoczenie i kiedyś, jak dobra bomba (o ile możecie sobie taką wyobrazić) z opóźnionym zapłonem, eksploduje czymś niezwykłym – czymś czego jeszcze nie przeczuwamy, ale co musi nadejść.

Polska się zmieni i wiem, że nie stanie się to w rzezi, w walce – Duch zmieni Polskę – Duch, którego przywołało dwieście tysięcy dusz, zjednoczonych pewnego wrześniowego dnia w Warszawie.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook