Jedynie prawda jest ciekawa

Burdel to nie perfumeria

19.10.2013

Kiedy w 2004 roku zginął dziennikarz Waldemar Milewicz pomyślałem sobie: szkoda, nie był z mojej bajki, ale szkoda. Odważny i mający w oku pasję, rzadko spotyka się takich dziennikarzy.

 O wiele później dowiedziałem się, że zginął głupio, przez pomyłkę. Kule przeznaczone były dla kogoś innego – handlarza bronią powiązanego z Cenzinem i MON – em Bronisława Komorowskiego. Tragiczny pech chciał, że nosił to samo imię i nazwisko co znany dziennikarz.

Dziennikarz Milewicz zapłacił za szemrane interesy Milewicza handlarza bronią. Od tego czasu często zastanawiam się ile jest cukru w cukrze, czyli ile jest dziennikarstwa w polskim dziennikarstwie?

Znam przypadki, gdy wysyłano za granicę ludzi legendowanych jako dziennikarze, a oni wykonywali tam działania na zlecenie WSI. Tacy dziennikarze – szpicle wyjeżdżali do Syrii, do Iraku, Iranu, Afganistanu,  a nawet do Chin. 
Nie wiem też co sądzić o dziennikarzu, który w czasie krwawej wojny w Czeczenii, wraca z kaukaskiej republiki mając w plecaku …granat. Został zatrzymany przez rosyjskich bezpieczniaków i…nic. Po kilku dniach zjawił się w Polsce i mętnie opowiadał i nieopowiadał o swojej przygodzie.
Ci wszyscy ludzie są do dziś aktywni jako dziennikarze. 

Czy jednak można wykonać coś dla wojskowej bezpieki i potem spokojnie wrócić do uprawiania zawodu dziennikarza?

Co było pierwsze: jajo czy kura – agencina, który został dziennikarzem, bo taki przydzielono mu odcinek, czy też dziennikarz, który w jakimś momencie swojego zawodowego żywota został zwerbowany?

A co powiecie o dziennikarzu, którego, w latach dziewięćdziesiątych, służby łapią na tym, że jeździ mercedesem z przebijanymi numerami silnika, a potem ten sam dziennikarz diametralnie zmienia swoje zapatrywania, aż staje się obrzydliwym cynglem?

Jeśli w zawodzie dziennikarza są ludzie zachowujący się jak pospolite, uliczne dziwki, jeśli są w nim reketierzy, bandyci z tysiącem haków w życiorysie, to jak myślicie: stać ich na niezależność, własne sądy? Nikt ich nie trzyma na smyczy? Nikogo nie inspiruje taki generał Malejczyk?

Środowisko dziennikarskie nigdy nie uwolniło się od pozostałości po PRL – u, od dziesiątek kapusi i delatorów, szybko doszlusowały do tego nowe kadry: dwuzawodowcy – oficerowie na etatach dziennikarskich, zacięci na kompromaty kapusie i zwykłe szmaty, które donoszą i prowokują, bo taką mają naturę.

Jeśli dziś patrzę na buźki najbardziej osławionych polskich dziennikarzy, to przy wielu z nich  sarkastycznie się uśmiecham, niemal widzę sprężyny ich kariery, sznurki przytwierdzone do ich pleców.

W polskim dziennikarstwie działa błyskawiczna winda do kariery – w zamian za upodlenie się, sława, celebrysienie i udawanie, że wokół wcale nie śmierdzi.

Jeśli dzisiejsze polskie dziennikarstwo nadal będzie śmierdzącym przemieszaniem tego, co jawne i niejawne, to nie dziwmy się nagłym zmianom frontów, dokonywanym przez tych znanych, zapiekłości w zwalczaniu wszystkich, którzy chcą wreszcie wprowadzić do tego zawodu jakie takie procedury clearingowe.

Im kto bardziej pianę toczy z pyska, tym łacniej możemy wnioskować o tym, że jego pan właśnie przykręca mu śrubę. Redaktorzy Naczelni, gwiazdy, specjaliści od opinii – w rzeczywistości regularni kapusie.
Nie domagajmy się szacunku dla tego zawodu, jeśli go choć trochę nie oczyścimy. Nie dziwmy się, że w takiej matni niedługo zaczną ginąć ludzie. Kloaka zwana polskim dziennikarstwem wymaga natychmiastowego otwarcia … Wtedy dopiero poznamy kto jest kim i dlaczego.

Witold Gadowski

Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook