Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

„Brązowy uśmiech”

16.06.2016

Czerwonatarcza obudził się wściekły.

 Dopiero szarzało i przez mięsiste, weneckie zasłony wpadała do pokoju odrobina światła.

Tarcza nerwowym uderzeniem dłoni w przycisk zapalił nocną lampkę.

Dokuczał mu reumatyzm, po ostatnim przeszczepie serca czuł jak nowy organ nierówno wybija swoje życiodajne skurcze.

Ogólnie czuł się poirytowany. Słabo sypiał, a nowe zabawki nie były w stanie wyrwać go ze stanu melancholijnej irytacji.

Na domiar złego ten niedojda Srokosz znów coś pokręcił i ostatnie wydarzenia w Europie zwiastowały nadejście kłopotów.

– Znów trzeba będzie wywołać jakiś kryzys, aby to ludzkie bydło się czymś zajęło – Tarcza skrzywił się tak, że aż nabiegłe botoksem usta zatrzeszczały.

– Durne karaluchy. Mnożą się w sposób niekontrolowany i jeszcze chcą coraz więcej żreć – mruknął sam do siebie.

Srokosz zdziadział się ostatnio i tracił coraz więcej funduszy, ogólnie jego sprawność spadła o wiele procent. Na starość zaczął mamrotać o jakimś Popperze, opowiadać o niedolach Palestyńczyków i ogólnie robił się coraz mniej przydatny.

Na dodatek w tej Europie Środkowej znajdował sobie takich współpracowników, że tego nie dało się nawet do służbówek wpuszczać. Brudasy, rozpite i niemiłe.

Czerwonatarcza odruchowo wzdrygnął się na wspomnienie uścisku dłoni pewnego jąkały z Polski, po którym musiał zafundować sobie dodatkową sesję w komnacie tlenowej, ze szczególnym uwzględnieniem dezynfekującego ozonowania.

Tarcza potarł naciągnięty trzy dni temu policzek, od kilku dni świtał mu w głowie sarkastyczny pomysł.

– Jakoś ostatnio słabiej myślę – roztkliwił się nad swoim świeżo napompowanym sodem i potasem mózgiem.

– Ten niezdara profesor Mengie twierdzi, że nic tak nie odświeża umysłu jak zdrowy śmiech. Problem w tym, że większość rzeczy i ludzi mnie już najzwyczajniej w świecie nudzi. - Tarcza nawet sam przed sobą nie lubił przyznawać się do tego, że jego poczucie humoru miało na wskroś szyderczy charakter. Po prostu od dzieciństwa cieszyły go wpadki i błaźnienie się innych.

Poza wszystkim w jego mentalności dominowała jednak ta nieskrywana już nawet cecha: poczucie wyższości nad innymi.

Czasami wpadał nawet w przekonanie, że należy do innej rasy niż pozostali mieszkańcy ziemi.

W takich chwilach ubolewał nad tym, że nie jest zbyt religijny – wtedy bowiem poczuwałby się do jakiejś boskiej proweniencji i tak ustawiona hierarchia znakomicie tłumaczyłaby mu głupotę i nieprzydatność otaczających go ludzi.

Nie był oczywiście tak głupi, aby otwarcie – przed samym sobą także – uważać się za nadczłowieka.

To zbyt mocno pachniało niemieckim chamstwem i brakiem subtelności.

Po prostu miał poczucie, że żyje i pracuje w innym świecie niż pozostali wydalacze codziennej porcji przeżutego jadła. 

Ze smutkiem zauważał jednak, że i on także oddaje się codziennym czynnościom fizjologicznym, ale był to jedyny moment, w którym czuł się podobnym do innych. Spuszczenie wody powodowało, ze na powrót zagłębiał się w swoim – niedostępnym dla reszty – Parnasie.

Tego ranka, baczniej niż zwykle, nasłuchiwał tłukącego się w laserowo dopasowanej klatce piersiowej serca – należało do dwudziestoletniego Kolumbijczyka. Tyle o tym wiedział i nie chciał wiedzieć więcej.

Zdawał sobie sprawę z faktu, że prawdopodobnie nie jest to ostatnie serce, jakie szamocze się w jego piersi.

Miał ochotę wyciąć tej otaczającej go hołocie wyjątkowo złośliwy kawał.

Gdy tak siedział i zastanawiał się nad pomysłem na nowy dzień, drzwi pokoju delikatnie się uchyliły i pod jego łóżko wsmyknął się niewielki, puszysty kształt.

Złotatarcza rozpromienił się.

Nikogo tak nie lubił jak właśnie tego roztytego pinczera.

–                    Obama! – zagwizdał i sięgnął po leżące na nocnej szafce maślane ciasteczka.

Pinczer leniwie zaskomlał, porwał ciasteczko, przebiegł wokół niewielkiego stolika z epoki napoleońskiej i bezczelnie kucnął tuż przy drzwiach wyjściowych.

–                    Złośliwa cholera. Cóż pocznę na to, że lubię go bardziej niż wszystkich znanych mi polityków, choć przecież oni z o wiele większym entuzjazmem skamlają, łaszą się i aportują -  pomyślał wdziewając na siebie jedwabny – czerwony jak Kreml – szlafrok, utkany przez gąsienice jeszcze w epoce dynastii Ming.

Nagle wzrok nabiegł mu entuzjastycznym światłem, a przez oblicze przeleciał serdeczny uśmiech..

Zdjął ze stolika serwetkę, złożył ją w coś na kształt mieszka i delikatnie zapakował w nią pozostałość po porannej wizycie pinczera.

***

W sali unosił się zapach wytwornych perfum, kilkanaście nienagannie odzianych i wyposażonych w doskonałe uśmiechy postaci cierpliwie czekało, ąż wejdzie do sali.

Był to ten wyjątkowy moment, gdy w ogóle kontaktował się z nimi.

Snadź miał im coś niezwykle ważnego do przekazania.

Ostatnie takie zgromadzenie miało miejsce na pól roku przed tym jak zdetonowali światowy kryzys i położyli banki Lehman Brothers i JP. Morgan.

Wtedy operacja była drobiazgowo rozpisana na wielu arkuszach, żadnych cyfrowych nośników, żadnego „laptopia” (jak zwykł to pogardliwie określać).

Teraz też mieli ze sobą tylko zwykłe długopisy. Tarcza nie cierpiał żadnych gadżetów współczesności, a oni aż nazbyt dobrze wiedzieli już o tym.

Właściciel „New Jork Times” przybył nawet wygalantowany w wielką czerwoną muchę, tak jak lubił to Tarcza.

Ted Turner był w sportowej koszuli z zawiniętymi rękawami, ale on cieszył się u Tarczy specjalnymi względami....

Nagle bezszelestnie rozsunęły się drzwi i Tarcza wjechał na swoim elektrycznym wózku (oszczędzał energię, wierzył bowiem, że jej zasób w żywym organizmie jest – mimo wszystko – mocno ograniczony).

–                    Drodzy państwo – rozpoczął bez ceremonii.

  -  Chciałbym, abyście zrobili wszystko, aby to...- tu wyjął ze złotego puzderka zawinięty w serwetkę kształt -  stało się najmodniejszym towarem spożywczym tego sezonu.

Uśmiechnął się blado i kolejno utkwił swoje przeszywające spojrzenie w twarzy każdego z obecnych na sali.

Najbardziej rozbawiła go nerwowo drgająca na grdyce , czerwona mucha. Nie dał tego jednak – w żaden sposób – poznać po sobie.

Miał ciągle tą samą, nieco marsową, skupioną minę.

Dyskusja i żarliwie rzucane pomysły trwały ponad pół godziny, aż poczuł się zmęczony i machnąwszy wszystkim, od niechcenia, dłonią, opuścił salę.

***

Tydzień później ulice Nowego Jorku zaroiły się od wytwornie ubranych ludzi zjadających coś bajecznie opakowanego.

Reklamy tego produktu nie opuszczały ekranów telewizorów, billboardów, gazet.

Wyrób gościł w najpoważniejszych programach publicystycznych, zjadały go największe gwiazdy pop kultury...ba zagościł nawet w najpoważniejszych galeriach.

Był przedmiotem ożywionych dyskusji uniwersyteckich.

Nowy Jork oszalał, ludzie demonstracyjnie uśmiechali się, ukazując przybrązowione zęby.

Niedługo potem  nowy styl opanował Londyn, Paryż, dotarł do Moskwy i Kuala Lumpur.

„Brown Smile” stał się kultowy.

Pisano o nim opowiadania i piosenki. Woody Allen rozpoczął zdjęcia do nowej komedii, w której głównym rekwizytem stał się właśnie „Brown Smile”.

–                    „Brown Smile”, to lepsze niż lekcje religii – wykrzykiwała odkurzona Madonna.

Jej wspólna, wraz z Adele, trasa koncertowa przebiegała właśnie pod hasłem „Brown Smile – back to the Nature”.

Ekolodzy z całego świata przyjęli „Brown Smile” jako logo swoich nowych kampanii, a Al Gore, w czasie swoich wykładów w Manilii, ogłosił, że jedynie „Brown Smile” może zahamować proces ocieplania się klimatu.

Na rynku pojawiły się zabawki „Brown Smile”, przemysł porno ruszył w produkcjami eksponujacymi możliwości nowego wynalazku, a pierwsza sonda kosmiczna, która wyruszyła w kierunku Hipocratu uzyskała dumną nazwę „Brown Smile”.

Angelina Jolie swoją nową, adoptowaną z Kałmucji, córeczkę ochrzciła właśnie „Brownsmiley”.

Największa radość zapanowała jednak wśród społeczności homoseksualnej.

Oto ich way of life święciła właśnie tryumfy, no bo jakież wspaniałe skojarzenia budził nowy przebój rynku, kinematografii, uniwersytetów i subkultur.

Co  prawda jakiś młody pijany murzyn wykrzykiwał na Bronksie, że to jakaś zaraza i dodawał do tego niezrozumiałe słowo „fudgepackers”, ale szybko został zatrzymany i oddany na resocjalizację małżeństwu newagegayów pochodzących ze Sri Lanki.

***

Trzy miesiace później ulice Warszawy także zaroiły się od brązowozębnych.

Hipsterzy i modnisie, anarchiści i artyści, niecnotki i kokotki – wszyscy, solidarnie nosili brązowe uśmiechy i umieszczone w widocznych miejscach na garderobie pozostałości po konsumpcji „Brown Smile”.

Jak to zwykle, w takich przypadkach, bywa na rynku zaroiło się od ordynarnych podróbek i niezbyt udanych prób naśladownictwa.

Na warszawskich bazarach i w sklepach z dopalaczami, w internecie, sprzedawano więc i „Brownysy” i „Brown Smugi”.

Pojawiła się nawet moda na browniaki – białe spodnie z widocznym, w pewnym miejscu, brązowym akcentem.

Krystyna Janda, po złożeniu w telewizji deklaracji, że „cała jest brązem”, rozpoczęła entuzjastyczne przygotowania do wystawienia monodramu „Zanim stałam się Brown, czyli zapiski z życia, którego nie było”.

Niesamowity renesans przeżywał przebój Ryszarda Rynkowskiego „Dziewczyny lubią brąz”

***

Mały Kazio zawsze był niesforny.

Ledwo tylko osiągnął swoje dumne cztery latka, a już cała okolica miała go dosyć. Psocił jak nakręcony.

Tego dnia było wyjątkowo pogodnie więc mama zabrała go na spacer, na Krakowskie Przedmieście.

Po drodze spotkali znajomego, znakomicie zapowiadającego się aktora, który grywał już w sitcomach i docu soapach, bywał także na castingach w TVN.

Usiedli w ogródku modnej kawiarni na ulicy Foksal.

Mama szczebiotała, a Kazio z napięciem wpatrywał się w umazane na brązowo zęby aktora.

Kiedy był już na tyle nieznośny, ze nie dało się wytrzymać, mama przeprosiła modnego pana i wyszli.

–                    Mamo! - wrzasnął Kazio.

–                    Czemu temu panu tak brzydko śmierdziało z buzi!.


Autor bloga

GADOWSKISI

Witold Gadowski

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook