Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Wąsy działacza

24.03.2014

Coś we mnie pękło, coś się skończyło – ten klasyczny cytat przyszedł mi do głowy kiedy zobaczyłem gładko ogolonego Apoloniusza Tajnera. Brakuje mi tych wąsów. Ogolony Polo to kamuflaż!

Wąsy są nieodłączną częścią historii polskiego sportu. Bywały wąsy piękne i zwycięskie, na przykład Bronisława Malinowskiego i Adama Małysza, ale nie o nich chcę napisać, bo to były (są) wąsy indywidualne – ich geneza moim zdaniem wypływa z kontemplacji własnego wizerunku przed lustrem i jest sprawą indywidualnego wyboru. Mnie o inne wąsy idzie. Wąsy grupowe.

Był taki czas kiedy wąs oznaczał przynależność do grupy, by nie rzec elity. Wcale licznego zastępu ludzi żyjących ze sportu, ale nie sportowców. Piszę „był taki czas”, ale mam wątpliwości, bo to jest czas przeszły, lecz niedokonany. Niby się skończył, ale wielu chce jego powrotu bo za nim tęskni, jak nie przymierzając za pezetpeerem. Bo to w zasadzie był ten sam czas i ci, którzy mieli wąsy - często w kieszeni oprócz grzebienia nosili partyjną legitymację. Jasne, że to jest trochę generalizowanie, ale coś jest na rzeczy.

Kiedy na początku lat 90. wszedłem do redakcji jednej ze sportowych gazet przeżyłem wstrząs. Wszyscy dziennikarze, z wyjątkiem grupki młodych adeptów i pojedynczych egzemplarzy starszych panów ze słabym zarostem, otóż wszyscy dziennikarze sportowi nosili wąsy! To był symbol środowiska, w którym w symbiozie żyli działacze i dziennikarze. Obserwując przez kilka lat to środowisko spłynęło na mnie olśnienie: wąsy nosili ci, którzy od lat 70. ciągnęli kasę ze sportu zajadając golonki popijane piwem i wódą. O zawodnikach mówili „piłkarzyki”, wiedzieli z kim i jak załatwić ligowe punkty a często gęsto mieli w życiorysie brzydki epizod donoszenia na sportowców, innych działaczy i innych dziennikarzy w trakcie zagranicznych wyjazdów. Warto wiedzieć, że – choćby z racji częstych wizyt na Zachodzie – tak zwani ludzie sportu byli totalnie zinfiltrowani przez Służbę Bezpieczeństwa. Innymi słowy, donosicieli w tym środowisku było znacznie więcej niż gdziekolwiek indziej. I nie chodziło o jakieś dylematy etyczne w stylu „podpisz albo nie będziesz mógł leczyć dziecka za granicą”. Chodziło o pieniądze i paszport. Rozmawiałem kiedyś z byłym esbekiem, więc zapytałem i teraz wiem – powody współpracy były banalnie przyziemne.

Żeby było jasne, nie stawiam równości między wąsami działaczy sportowych (i dziennikarzy) a współpracą z SB. Wśród wąsaczy byli ludzie uczciwi, a niektórzy gładko ogoleni też mają swoje za uszami, bo zachowywali się podle. Ale jak dla mnie wąs jest symbolem skompromitowanego środowiska.

Transformacja wąsaczy trwała długo. Kiedyś, w połowie pierwszej dekady tego wieku, na warszawskiej ulicy dostrzegłem trzech znajomo wyglądających panów. Musiałem zastanowić się chwilę skąd ich pamiętam i po chwili zrozumiałem – to są dziennikarze sportowi, starzy wyjadacze. Żaden z nich nie miał już wąsa.

Czasem rozmawiam o futbolu z prezesem klubu grającego bodaj w drugiej lidze. On, na szczęście, wszedł w ten świat kiedy zarost nad górną wargą stał się już passe. Prezes twierdzi, że starego działacza sportowego (dzisiaj słowo działacz samo w sobie jest obciachem) rozpoznaje po dwóch cechach: oczywiście wąsie oraz tym, że nigdy nie mówi wprost, zawsze na okrągło i półgębkiem. Na pytanie ilu takich ludzi funkcjonuje jeszcze w sporcie, odpowiada, że pół na pół. Niestety, to jest ciągle o to pół za dużo.

Na koniec wrócę do początku. Mimo ostatnich sukcesów Kamila Stocha polskie skoki wciąż kojarzą się z wąsami. Tyle, że są to na szczęście wąsy Małysza, nie Tajnera. Dla mnie największą zasługą Apoloniusza Tajnera jest to, że nie udało mu się zepsuć talentu jakim natura obdarzyła Adama Małysza. To jest bardzo dużo (dla polskiego sportu) i jednocześnie cholernie mało (dla trenera, który nie wychował żadnego innego wybitnego zawodnika). Kiedy słucham słów prezesa Tajnera - który jak się domyślam pokazuje się przy okazji prawie każdego konkursu w publicznej telewizji bo bardzo to lubi i w pojedynkę, autorytarnie, zadecydował, że będzie twarzą polskich skoków – nie słyszę nic poza frazesami. Frazesami wypowiadanymi przez klasycznego „działacza”. Te puste słowa bardziej mi pasują gdy płyną z lica ozdobionego Tajnerowskim wąsem. Wąsem w stylu Peerelu.

Kiedyś inny człowiek, który dorobił się na sporcie, zgolił wąsa. Potem nawet został posłem. Tyle, że był posłem Samoobrony, co znaczy, że zmiana wyglądu była niczym więcej niż zmianą kosmetyczną. I mimo tego, że ów trener-działacz zapisał się srebrnymi głoskami w historii polskiego olimpizmu, to dla mnie Janusz Wójcik pozostanie na zawsze symbolem sportowego cwaniactwa i korupcji.

To jest trochę jak z Lechem Wałęsą. Nawet jak się wieczorem gładko ogoli, to i tak obudzi się rano ze swoim wąsem…

Maciej Muzyczuk

Autor bloga

muzyczuk

Maciej Muzyczuk

Reżyser, scenarzysta, producent telewizyjny. Autor kilkunastu filmów dokumentalnych. W przeszłości dziennikarz sportowy – zainteresowanie sportem (czynne i bierne) towarzyszy mu do dzisiaj.

Najczęściej czytane na blogu

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook