Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Noc w izbie przyjęć, czyli jak chciałem pobić pana ministra

13.04.2015

Mam taki pomysł, żeby przed wyborami parlamentarnymi wysłać każdego obywatela uprawnionego do głosowania do szpitalnej izby przyjęć. To powinno definitywnie rozstrzygnąć losy rządzącej koalicji.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w niedzielny wieczór moja żona boleśnie skręciła nogę. W drodze do kościoła więc widocznie taki był boski plan by tego dnia na mszę nie dotarła. Zamiast tego udaliśmy się do izby przyjęć pobliskiego szpitala. Była mniej więcej godzina 20 co dla całej historii ma znaczenie kluczowe. W poczekalni siedziało kilka osób więc wydawało się, że wszystko pójdzie sprawnie. Ale Wieniczce z powieści Jerofiejewa też wydawało się, że bezproblematycznie pokona pociągiem trasę z Moskwy do Pietuszek, a zamiast tego trafił do piekła na ziemi. Książkę przywołuję nieprzypadkowo, bo mniej więcej połowa osób, które przewinęły się w niedzielny wieczór – i uprzedzając finał tego wpisu, także noc – mogłoby spokojnie znaleźć miejsce na kartach najbardziej nasyconej alkoholem powieści świata.
Oczekiwanie na zrobienie zdjęcia rentgenowskiego trwało dwie godziny. Przez tych 120 minut do izby przyjęć zwożono karetkami pogotowia oblepione zaschniętą krwią indywidua ziejące nieprzetrawionym alkoholem. Stopień nasycenia patologicznymi postaciami jest w takich miejscach nadspodziewanie wysoki… Każdy z tych pacjentów trafiał natychmiast przed oblicze dyżurującego lekarza (a był rzecz jasna tylko jeden lekarz). Na moje grzeczne pytanie skąd ta szybka ścieżka dla ofiar własnej głupoty, pijackich bójek i uzależnienia od wódy, lekarz odparł, że pierwszeństwo mają pacjenci przywożeni przez pogotowie oraz osoby z otwartymi ranami. W zasadzie był to – ujmując sprawę matematycznie -  zbiór łączny, gdyż klienci dowiezieni ambulansem mieli w zdecydowanej większości otwarte rany spowodowane najczęściej, jak sądzę, różnicą poglądów powstałą w trakcie kulturalnego spożywania bełtów, jaboli lub mniej wykwintnych trunków. Wyjątkiem od tej reguły (pogotowie = otwarta rana), była przywieziona karetką pani w futrzanej czapce, która wokalnie przypominała Jana Himilsbacha, a przyczyną jej wizyty było zapalenie trzustki, oraz posiadający otwarte rany ojciec i syn, których nie przywiózł ambulans ale radiowóz. Każdemu z nich towarzyszył jeden policjant dbający, by pacjenci przebywali daleko od siebie, gdyż bezpośredni kontakt najbliższych członków rodziny zapowiadał znacznie większe obrażenia.

I w tym dantejskim piekle siedziało z pięć osób, które dotarły do izby przyjęć własnym sumptem z banalnymi kontuzjami w postaci skręcenia nogi lub ręki. Okazało się, że taki pacjent, ubezpieczony w ZUS w odróżnieniu od sporej części pozostałych kontuzjowanych, jest pacjentem gorszej kategorii – musi czekać aż lekarz znajdzie chwilę przerwy w opatrywaniu ofiar patologii. W efekcie moja żona dostała się przed oblicze lekarza po ponad pięciogodzinnym czekaniu – około 1.30. Gdyby wówczas obok mnie siedział pan minister Bartosz Arłukowicz, lub jego poprzedniczka na tym stołku Ewa Kopacz, zostaliby najpewniej przyjęci przez lekarza w ramach szybkiej ścieżki. I to nie z powodu służbowej zależności, ale z racji otwartej rany, której byłbym autorem. Nawet jeśli brzmi to jako groźba karalna, to bardzo proszę.

Ja rozumiem, że człowiek nie jest wielbłądem i potrzebuje płynów. Rozumiem, że są ludzie, którzy trafili na margines życia i nie rozwalają sobie łbów specjalnie, tylko dlatego, że tak wyszło. I rozumiem, że ten lekarz i cały nocny personel naprawdę ciężko pracują, bo często kontakt z trudnym pacjentem budzi wstręt, a przez osiem godzin są ich dziesiątki. Ale nie rozumiem i nie akceptuję tego, że normalny obywatel jest w tej izbie przyjęć piątym, szóstym, albo i dziesiątym kołem u wozu.

Kilka lat temu moja córka złamała nadgarstek podczas jazdy na desce w popularnym alpejskim miasteczku. Trafiliśmy do ośrodka zdrowia, w którym podobnych delikwentów było kilkudziesięciu. Oczywiście warunkiem skorzystania z usług lecznicy było ubezpieczenie, ale w polskiej izbie przyjęć też tak jest. Austriacki lekarz do spółki z pielęgniarką w ciągu godziny prześwietlił rękę, zapakował ją w gips i do tego obsłużył ze dwadzieścia innych osób.

I to jest prawda o polskiej służbie zdrowia. Nikomu nie życzę by trafił do izby przyjęć, bo ta w której byliśmy nie jest prawdopodobnie wyjątkiem w skali kraju i to jest norma, a nie ckliwy obrazek ze szpitala w Leśnej Górze z telewizyjnego serialu. Ale zrobiłbym wyjątek dla tych, którzy uważają, że żyjemy w „fajnym kraju”.

Maciej Muzyczuk

Autor bloga

muzyczuk

Maciej Muzyczuk

Reżyser, scenarzysta, producent telewizyjny. Autor kilkunastu filmów dokumentalnych. W przeszłości dziennikarz sportowy – zainteresowanie sportem (czynne i bierne) towarzyszy mu do dzisiaj.

Najczęściej czytane na blogu

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook