Jedynie prawda jest ciekawa

Kowalczyk, czyli dobro międzynarodowe

14.12.2014

Jest grono ortodoksyjnych kibiców, którzy twierdzą, że zimowe dyscypliny sportu mogłyby nie istnieć. Ja do nich nie należę.

Moim ulubionym sportem, rzecz jasna w rozumieniu oglądania a nie uprawiania, jest biathlon. Imponuje mi połączenie dwóch tak odległych mentalnie elementów jak bieg na nartach, który sam w sobie sieje spustoszenie w organizmie, ze strzelaniem, które wymaga by człowiek był absolutnie odizolowany od bodźców zewnętrznych. Myślę, że przy krańcowym zmęczeniu, towarzyszącym biathlonistom zimnie (często także wietrze i opadom) i głośnej publiczności osiągnięcie stanu izolacji jest praktycznie niemożliwe. A oni (jeśli chodzi o naszych reprezentantów – zwłaszcza ONE, bo panowie to jest dramat) regularnie trafiają w tarczę. Szacunek!

Z kolei na drugim biegunie lokują się w moim prywatnym rankingu skoki narciarskie (łyżwiarstwa figurowego nie liczę, bo wydaje mi się takim zjawiskiem z pogranicza sportu – nie lubię, nie oglądam). Przyczyny tego braku entuzjazmu są dwie. Pierwsza to taka, że to dyscyplina zupełnie loteryjna, bo wiatr może zrobić ze średniaka mistrza i odwrotnie. Druga – kompletnie niejasna punktacja dosłownie odrzuca mnie od telewizora.

Pomiędzy tymi dwoma biegunami jest cała reszta, którą lubię mniej lub bardziej umiarkowanie. Hokej lubię raczej średnio, bo słabo widzę krążek, w Polsce tę dyscyplinę uprawiają już niemal wyłącznie amatorzy, a od czasu gdy mistrzem ligi NHL został zespół ze słonecznej Kalifornii nie do końca jestem pewien czy to sport zimowy. Lubię za to dyscypliny, w których dochodzi do rywalizacji najbardziej wymiernej, czyli takiej gdzie wygrywa najszybszy. Co cieszy szczególnie, ostatnio najszybsi bywają dosyć regularnie Polacy – w łyżwiarstwie szybkim. Niektórym ściganie się w kółko może wydawać się nudne, mnie się podoba.

I wreszcie dochodzę do tytułowego dobra międzynarodowego, czyli Justyny Kowalczyk. Biegi narciarskie mają swój urok. Wszystko jest wymierne i policzalne. Rywalizacja bezpośrednia i jasna. Ale biegi nie stały się naszym sportem narodowym z racji swych niewątpliwych zalet, lecz za przyczyną sukcesów Justyny Kowalczyk. W tym sezonie sukcesów póki co brak i nasze zainteresowanie, a co za tym idzie telewizyjna oglądalność, mocno spadły. Łaska kibiców na pstrym koniu jeździ i to rzecz absolutnie naturalna. Tymczasem okazuje się, że z powodu słabszej dyspozycji polskiej mistrzyni kobiece biegi narciarskie przeżywają kryzys w całej Europie. Bo nikt nie ma już ochoty patrzeć na coś, co można określić jako mistrzostwa Norwegii… Dlatego międzynarodowa federacja i właściciele praw telewizyjnych biją na alarm i marzą o tym, by pani Justyna wróciła do optymalnej formy. Fajnie mieć takich sprzymierzeńców!

Rezygnuję dzisiaj z odniesień do polityki. Napiszę wprost. Oglądałem w sobotę w stacji TVN24 („cała prawda całą dobę”) relację z marszu w obronie demokracji Przez dwie godziny prowadzący i ich goście cały czas opatrywali transmisję nieustannym komentarzem, by przypadkiem widz nie zaczął sam wyrabiać sobie zdania na temat tego co ogląda. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było paskudne. Jak pewnie wszyscy wiedzą jednym z atrybutów marszu były róże. Jak wiadomo róże to są kwiaty. Natomiast przekaz był taki, że te róże to jest tylko kamuflaż, bo manifestujący zamiast tego chcieliby mieć w rękach kamienie i rzucać nimi w inaczej myślących. I tak na okrągło, peerelowska propaganda. To jest tak śmieszne, że aż straszne.

Autor bloga

muzyczuk

Maciej Muzyczuk

Reżyser, scenarzysta, producent telewizyjny. Autor kilkunastu filmów dokumentalnych. W przeszłości dziennikarz sportowy – zainteresowanie sportem (czynne i bierne) towarzyszy mu do dzisiaj.

Najczęściej czytane na blogu

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook