Jedynie prawda jest ciekawa

Bohater naszych czasów, Frank Underwood

27.04.2015

To już trzeci rok, jak niejaki Frank Underwood wzbudza w widzach na całym świecie skrajne emocje.

. Kim jest ów mąż stanu nie trzeba prawdopodobnie nikomu tłumaczyć. Ale gdyby ktoś zupełnym przypadkiem nie zetknął się z tą postacią tłumaczę – Frank Underwood to prezydent Stanów Zjednoczonych z serialu „House of Cards”. Prezydent w trzecim sezonie serialu, bo przez dwa pierwsze wspinał się na szczyt – dosłownie rzecz biorąc – po trupach. Bohaterowi, granemu brawurowo przez Kevina Spaceya, przyświeca dewiza, którą po raz pierwszy usłyszałem w tymże serialu: „Kiedy stawka jest wysoka, witasz się prawą ręką, a w lewej trzymasz kamień”.

Piszę o Underwoodzie, bo jestem świeżo po zobaczeniu trzeciej serii sagi, która – choć dzieje się w Stanach Zjednoczonych – jest obnażeniem natury polityków od Arktyki po Antarktydę. Cynizm jest w tym świecie zaletą, a uczciwość niewybaczalnym błędem. Łamanie prawa odbywa się od rana do nocy. By utrzymać władzę można popełnić każdą niegodziwość. A królem zepsucia jest Frank Underwood. I wiecie co jest w tym serialu najgorsze? Ten geniusz zła wzbudza sympatię! Chwała dla twórców „House of Cards”, że tak poprowadzili intrygę, że bezwiednie przywiązujemy się do zbrodniarza, ale tak na zdrowy rozum to jest człowiek, który musi budzić odrazę. A jednak gdzieś tak 99,99 procent widzów czuje do niego coś na kształt życzliwości. To jest niestety bohater naszych czasów, gdzie etyczne granice zostały przesunięte tak daleko, że każde świństwo można rozgrzeszyć…

Już po pierwszym sezonie, na Kapitolu, gdzie dzieje się akcja serialu, przeprowadzono wśród polityków badania, czy „House of Cards” to czysta fikcja, czy też może historia ma coś wspólnego z życiem. Bywalcy Kapitolu nie zostawili żadnych wątpliwości – to nie jest fikcja, to jest samo życie!

Niemal równolegle w USA powstał inny serial, którego tematyka jest bardzo podobna. Różnica taka, że „House of Cards” to jest produkcja sensacyjna, a „Veep” (po polsku „Figurantka”) to komedia. Bohaterką tego drugiego jest urzędująca wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Selina Meyer. O ile Underwood to jest demon zła, to pani Meyer jest królową jeśli nie głupoty, to przynajmniej niekompetencji. Za co się nie weźmie, to mamy gwarancję, że zostanie to koncertowo spieprzone. Jej współpracownicy to miernoty robiące partyjne kariery. Na dodatek wiceprezydent żyje w kompletnej izolacji od prawdziwej władzy, bo kontaktu z prezydentem nie ma żadnego. W przypadku „Veep” również zbadano reakcję polityków. I wiecie, co powiedzieli? Że „Figurantka” jest jeszcze bliższa prawdy od „House of Cards”!

Oba seriale, nie mam co do tego wątpliwości, moglibyśmy bez żadnej straty dla wiarygodności przenieść na polski grunt. Przetłumaczyć dialogi, spolszczyć nazwiska i zastąpić słowo Kongres swojskim Sejmem. Nikt by się nie połapał. No może intrygi byłyby mniej zakamuflowane…

Swoją drogą to jest jakiś niebywały zbieg okoliczności. W jednym filmie mamy prezydenta, który dla utrzymania (wcześniej zdobycia) władzy jest gotów na wszystko. W drugim mamy kobietę, której wydaje się, że rządzi - ale to tylko złudzenie dla ciemnego ludu - a na co dzień jej otoczenie musi zajmować się naprawianiem błędów, bo bohaterka osiągnęła Himalaje niekompetencji.

Mnie to się bardzo jednoznacznie kojarzy.

Autor bloga

muzyczuk

Maciej Muzyczuk

Reżyser, scenarzysta, producent telewizyjny. Autor kilkunastu filmów dokumentalnych. W przeszłości dziennikarz sportowy – zainteresowanie sportem (czynne i bierne) towarzyszy mu do dzisiaj.

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook